piątek, 29 listopada 2013

Color Whisper, Pink Possibilities

W makijażu najchętniej stawiam na podkreślone oko, intensywny róż na policzkach (efekt matrioszki mi nie straszny ;-), a usta zwykle traktuję nieco po macoszemu zostawiając je gołe, bądź jedynie z pomadką nawilżającą. Nie oznacza to jednak, że szminek nie lubię, owszem lubię, najczęściej jednak zapominam, że w ogóle je mam. Poza tym malowanie ust zakłada poprawki w ciągu dni, a tego unikam jak mogę, dlatego z czasem coraz chętniej zaczęłam sięgać po półtransparentne pomadki, z efektem błyszczyka, takie, których nałożenie na usta nie wymaga lusterka,  ani szczególnej precyzji. I taka też jest Color Whisper Lipstick, od Maybelline.
 
 
 
 
 
Najtrudniej było z wyborem odcienia, kolory sztyftów nie zachęcają, a wręcz sugerują zupełnie nieodpowiadający mi plastikowo-neonowy efekt. Na szczęście  zarówno na skórze ust, jak i dłoni szminka wygląda zupełnie inaczej - jest żelowa i bardzo delikatna w kolorze, choć każda następna warstwa dodaje jej mocy.  Lekka konsystencja i praktycznie niewyczuwalny zapach sprawiają, że Color Whisper nosi się bardzo komfortowo na ustach. Zgrabny sztyft równomiernie rozprowadza kolor po skórze (jedna warstwa ślicznie wygląda nawet na spierzchniętych ustach, każda następna niestety już uwydatnia suche skórki), da się też wyczuć obiecywane przez producenta nawilżenie ust (olejek jojoba).  Nie jest trwała, w każdym razie nie bardziej niż przeciętny błyszczyk. Opakowanie udanie nawiązuje do formuły szminki i przez to całkiem mi się podoba, dodatkowo jest praktyczne.

 

Wybaczcie czerwonego nocha, chusteczki higieniczne to moi nieodłączni ostatnio towarzysze ;/

Kolor Pink Possibilities to delikatny dziewczęcy róż, neutralny, bez ciepłych ani wyraźnie chłodnych tonów. Ładnie współgra z jasną skórą (na twarzy mam podkład Lily Lolo China Doll, piękny jest!) i mimo że ostatecznie wybrałam go bardzo przypadkowo to nie wiem, czy mogłabym trafić lepiej ;) Miałyście już może do czynienia z tymi szminkami? Jak je oceniacie?
 
 



środa, 27 listopada 2013

Bajeczny duet Essie + Orly i mały konkurs dla Was ;)

Bajeczny, bo niesamowicie podoba mi się zestawienie głębokiej nasyconej czerwieni Essie z brokatowym i mocno połyskującym Orly, Halo. Ten ostatni zresztą już sam w sobie jest niezwykły - zatopiony w bezbarwnej bazie miks srebrnych i złotych drobinek sprawia, że lakier pięknie połyskuje w świetle i jednocześnie jest na tyle uniwersalny, że stanowi ozdobę każdego chyba manicure. Szeroki pędzelek ułatwia malowanie, całość stosunkowo szybko zasycha, a pokryta topem nieźle się trzyma. Czego chcieć więcej ;)
 
Z kolei z lakierem Essie mam mały problem; kupiłam go w zestawie z dwoma innymi i nie wiedzieć czemu, ten jeden jedyny egzemplarz nie był opisany. Nie mam zatem pojęcia jaki to numer, a że jest to moja ulubiona czerwień - chłodna (bliżej jej do wiśni niż maliny) i pięknie nasycona to zwracam się do Was o podpowiedź :) Może Wy macie jakiś pomysł, co to może być za Essiak ;-) Starałam się, by zdjęcia możliwie wiernie oddały rzeczywisty kolor lakieru, sporo jednak zależy też od ustawień Waszych monitorów. Ta z Was, która jako pierwsza naprowadzi mnie na właściwy trop dostanie ode mnie wybrany przez siebie lakier Essie ze standardowej oferty (a przynajmniej tej dostępnej w SuperPharm bądź Hebe) Essie. Z góry dzięki! A tymczasem zapraszam do obejrzenia zdjęć :)
 










 
Lubicie błyskotki na swoich paznokciach? Ja ostatnio coraz bardziej, więc jeśli macie swoich ulubieńców w tym temacie, podzielcie się typami, chętnie obejrzę ;))


ps. Jednocześnie przypominam też o Mikołajkowym rozdaniu, na które również serdecznie Was zapraszam ;-))
 

wtorek, 26 listopada 2013

Marmolada do ciała ;)

Koncerny kosmetyczne przyzwyczaiły nas już do balsamów, mleczek, śmietanek, olejków, maseł czy nawet musów do ciała, ale łotewska firma Kivvi Cosmetics poszła dalej i przygotowała dla nas pielęgnacyjną - i w stu procentach naturalną! - marmoladę ;)  Tak po prawdzie to nie do końca wiem, dlaczego zdecydowano się na taką akurat nazwę; gdy pełna ciekawości odkręciłam wieczko, okazało się, że zawartości w środku wyglądem i konsystencją bliżej do wazeliny kosmetycznej bądź twardego oleju, niż do owocowego przetworu.
 

Bergamot and listea cubeba body marmalade to przede wszystkim niesamowity aromat - ukontentowane będą zwłaszcza fanki bergamotki i werbeny - kosmetyk naprawdę nimi pachnie i część tego zapachu osiada również na skórze. Swoje bogate właściwości odżywcze, nawilżające i wygładzające zawdzięcza obecności olejów i ekstraktów roślin w składzie, znajdziemy tu m.in. masło shea, olej kokosowy, olej z pestek wiśni, pestek winogron i pestek moreli, olej z nasion wiesiołka dwuletniego, olej z orzechów makadamia, olej jojoba, olej z owoców rokitnika, a także ekstrakty z czarnej porzeczki, dzięgla, rumianku, dziurawca i jasnoty białej. 100% zastosowanych składników jest pochodzenia naturalnego, z czego 89% to składniki organiczne z certyfikowanych upraw ekologicznych.
 
 
Marmolada zapakowana jest w maleńki - zaledwie 120 ml pojemności - solidny szklany słoiczek, o pięknym zielonym kolorze, który wraz z dekoracyjną nalepką i srebrzystą nakrętką tworzy uroczą wizualnie całość. Uwielbiam ładne rzeczy w swoim otoczeniu i ten słoiczek świetnie się wpisuje w moje upodobania ;) Ale choć śliczny, to nie jestem pewna, czy do końca przemyślany, marmolada ma stałą, dość twardą konsystencją i możemy mieć problem z wydobyciem całości kosmetyku z opakowania. Zanim to jednak nastąpi minie sporo czasu (przy czym producent sugeruje okres ważności 6 miesięcy po otwarciu), wbrew moim obawom 120 ml w tym przypadku to aż nadto - marmolada jest niesamowicie wydajna, do posmarowania ciała wystarcza zaledwie odrobina. Również konsystencja nie jest problemem - kosmetyk topi się pod wpływem ciepła dłoni i w miarę lekko można rozprowadzić do po skórze. 'W miarę' - bo jednak czuć lekki opór, a tym samym lekkie rozciąganie skóry w trakcie, co nie zawsze do końca mi odpowiada. Na plus - jeszcze długo po aplikacji skóra pozostaje wyraźnie nawilżona i natłuszczona.


Kosmetyk mam dzięki wygranej w konkursie blogowym i choć sama zapewne bym go nie kupiła, a już na pewno nie bez wcześniejszych testów (cena jest raczej mało zachęcająca - ponad 80 zł) to bardzo się cieszę, że mogłam go wypróbować, naprawdę przyjemna rzecz, zwłaszcza teraz w chłodniejsze dni. 
 
 
ps. Dzięki Ani z agencji Cappuccino PR dotarła do mnie paczka z kosmetykami Bielendy, z którymi jak dotąd niewiele miałam do czynienia i które chętnie poznam, tym bardziej, że już odkryłam ich piękne zapachy. W paczce znalazł się też piękny lakier Orly Halo, na który szczególnie cieszy się  sroka we mnie ;-) Ani jeszcze raz dziękuję za przemiły kontakt!

 
 
 
 
 

piątek, 22 listopada 2013

Znowu jest pysznie! Organic Shop, Organic Orange&Sugar

Wszelkiego rodzaju peelingi i scruby do ciała zwykle mają jedną wspólną cechę - stosunkowo szybko się kończą. Zazwyczaj nie stanowi to dla mnie problemu, a jedynie jest okazją do przetestowania czegoś nowego ;-), ale od czasu do czasu trafiam na kosmetyk, którego najchętniej zachomikowałabym całe wiadro, aby tylko towarzyszył mi jak najdłużej. I tak właśnie jest z peelingiem do ciała Organix Shop, Sycylijska Pomarańcza.
 
 
 
Choć na wpół przezroczyste plastikowe opakowanie już na wstępie zdradza tajemnicę koloru, to intensywna i mocno energetyzująca pomarańczowa barwa jest zaledwie subtelną podpowiedzią zapachu. Niezwykle aromatyczna i soczysta woń świeżo wyciśniętych pomarańczy - być może nawet tych z Sycylii ;-)! - pieści i pobudza zmysły. A żeby nie było za słodko, w końcówce zapachu wyczujemy też odrobinę goryczy skórki pomarańczowej - całość zdecydowanie warta jest uwiecznienia w jakimś balsamie, czy innym smarowidle do ciała.


Scrub ma za zadanie ścierać martwy naskórek, tonizować skórę ciała oraz dodać jej gładkości i nawilżenia. Wszystko to za sprawą przyjemnie skomponowanego składu, gdzie znajdziemy m.in. cukier trzcinowy, glicerynę, olejki pomarańczowy, cytrynowy, rozmarynowy i z rokitnika, masło shea, a ponadto emolienty i łagodne środki spieniające. Kosmetyk nie zawiera SLS, parabenów i silikonów.  Konsystencja jest gęsta, zwarta, nic się z opakowania nie wylewa i łatwo nabrać odpowiednią ilość na palce. Drobinki nie są bardzo ostre, ot kryształki cukru, w dodatku dość szybko się stapiają, no ale taka też właściwość peelingów cukrowych, niczego innego się nie spodziewałam. Skóra po zabiegu jest gładka, lekko natłuszczona i przyjemna w dotyku.


 
Koszt takiej przyjemności to ok. 25 zł za pojemność 250 ml. Zdecydowanie warto! I na pewno nie jest to moje ostatnie spotkanie z peelingami Organic Shop, w sklepie Kalina widziałam jeszcze kilka kuszących wersji, jak np. kenijskie mango (!), soczysta papaja, tropikalny bambus,  duet miód i cynamon, prowansalskie trawy, brazylijska kawa i wiele innych ;)
 
 
 
 

wtorek, 19 listopada 2013

Sylveco - ostatnie kuszenie ;)

Lekki krem brzozowy to -  póki co -  najciekawsza ze znanych mi propozycji marki Sylveco. Kosmetyk przeznaczony jest do codziennej pielęgnacji każdego rodzaju cery,  szczególnie tej odwodnionej, przesuszonej i narażonej na działanie czynników szkodliwych, takich jak słońce czy dym tytoniowy. 
 
 
Zawiera szereg naturalnych składników wspomagających regenerację skóry; znajdziemy tu między innymi pobudzający syntezę kolagenu i elastyny ekstrakt z kory brzozy, zmiękczający i oczyszczający, a przede wszystkim wspomagający przenikanie składników aktywnych w głąb skóry, ekstrakt z mydlnicy lekarskiej, masło Shea, bogate w antyutleniacze oleje z pestek winogron, sojowy, arganowy i jojoba.  Ponadto w kremie zawarto także ekstrakt z aloesu i ksylitol, których połączenie skutkuje intensywnie nawilżającym i zmiękczającym działaniem.
 

Po Lekki krem brzozowy sięgnęłam skuszona obietnicą nawilżenia i odżywienia skóry, ale akurat te działania to najmniejsze z zalet brzozowego - przede wszystkim krem pięknie ujednolica koloryt skóry, lekko ją rozjaśnia, oczyszcza i wygładza. A samo nawilżenie - owszem, jest zauważalne, ale nie na tyle, bym mogła określić krem jako wybitny pod tym względem. W sytuacjach krytycznych, jak np. przesuszenie skóry wywołane użyciem kremu z retinolem, Sylveco to jednak trochę za mało, nawet przy założeniu, że, zgodnie ze wskazówkami producenta, zaaplikujemy grubszą warstwę kremu w formie maseczki. Za to nie można mu odmówić delikatności - nałożony na uwrażliwioną i podrażnioną skórę koi ją, nie zwiększając uczucia pieczenia. 

 
Konsystencja jest specyficzna i  nieco tępawa w kontakcie ze skórą, zapach również mnie nie zachwyca, ale na szczęście jest mało wyczuwalny. Krem wchłania się do niemal całkowitego matu i jest świetną bazą pod makijaż. Opakowanie funkcjonalne, typu airless, ze zgrabną zakrętką, doskonale opisane; całość bardzo estetyczna. Dodatkowo na uwagę zasługuje relacja jakości, składu i działania do ceny - ok. 25 zł za 50 ml - i ta jest na najwyższym poziomie :) Podsumowując, jeśli szukacie mistrza nawilżenia możecie się zawieść, ale z całą pewnością jest to naprawdę dobry i godny polecenia krem na co dzień,  tym bardziej teraz, jesienią.
 
Ciekawa jestem bardzo, czy znacie i polecacie któryś z pozostałych kremów Sylveco?
 
 

poniedziałek, 18 listopada 2013

Alverde, Reklasujący olejek z dzikiej róży i rokitnika

Jak nie przepadam za olejkami ten wydaje mi się bardzo sympatyczny, do tego stopnia, że nie wykluczam powrotów, o ile oczywiście wcześniej uda mi się zużyć pierwotny egzemplarz, co nie jest takie oczywiste, bo piekielnie wydajna bestia z niego ;)
 

Alverde, Relax Pflegeöl Wildrose Sanddorn to mieszanka olejków, w której prym wiodą olejek słonecznikowy, sojowy i winogronowy. Ale bez obawy, znajdziemy tu także tytułowe olejki z  dzikiej róży i rokitnika, nie znajdziemy za to silikonów, parafiny ani innych tego typu ulepszaczy. Olejek przeznaczony jest do pielęgnacji ciała - aplikowany na mokrą skórę zatrzymuje w niej wilgoć, odżywia, wspomaga regenerację i sprawia, że staje się wyraźnie gładsza.  Od razu się przyznam, że nie stosuję olejku w proponowany przez producenta sposób, a jeśli już to bardzo rzadko. Najlepiej sprawdza się u mnie dodanie paru kropel olejku do jakiegoś balsamu, uzyskany w efekcie komfort ukojonej skóry zdecydowanie wart jest takiej zabawy ;)

 
Kosmetyk ma typową dla olejków oleistą konsystencję, o lekko pomarańczowym zabarwieniu. Pięknie pachnie, duszący zwykle aromat róży został stonowany przez inne olejki, dzięki czemu całość nabrała ciekawego charakteru. Szklane opakowanie zaopatrzono w sprawnie działającą pompkę, którą dla bezpieczeństwa (nie ma zakrętki!) można zablokować. Minusem oczywiście jest brak możliwości zakupu kosmetyków Alverde w Polsce, ale jeśli bawicie z wizytą w kraju, gdzie są drogerie DM, zajrzycie, bo warto! :)
 
 
 
 

piątek, 15 listopada 2013

Rozgwieżdżone niebo na paznokciach

Pozostając w temacie błyskotek chciałam pokazać Wam kolejny lakier Kiko w niesamowitym kolorze - przywołującym w mojej wyobraźni wspomniane w tytule niebo - Ultramarine Blue (266). Sięgając po ten właśnie odcień dobitnie potwierdziłam teorię o zmienności kobiet, jako że nie dalej niż parę miesięcy temu zarzekałam się, że niebieskości (ani zielenie!) nigdy nie pojawią się na moich paznokciach ;) Jedyne co mnie usprawiedliwia to uroda lakieru, jest naprawdę piękny, pigmenty w nim zawarte grają ze światłem, co i rusz pokazując nową twarz.
 



Lakier nie ma dla mnie wad, kolor jest bajeczny i mocno nasycony, choć dopiero dwie warstwy oddają cały jego urok. Jest gęsty, dobrze rozprowadza się po paznokciach, po części również dzięki szerokiemu, typowemu dla marki, pędzelkowi. Zasycha w przyzwoitym tempie i taką też ma trwałość. Za sprawą zatopionych w lakierze mikroskopijnych błyszczących drobinek pięknie lśni - na zdjęciach widzicie efekt bez żadnego toppera. Zdecydowanie dołącza do grona ulubieńców na ponure jesienne dni ;-)

 

 
 
ps. przypominam, że w mikołajkowym rozdaniu (klik w link bądź obrazek w prawym panelu bloga) możecie wygrać m.in. właśnie dwa lakiery Kiko ;)
 
 

środa, 13 listopada 2013

Eksplozja blasku - Benefit, Sun Beam

Jeden ze stałych (w celach samousprawiedliwienia powtarzam jak mantrę - rozświetlaczy nigdy dosyć ;-)) bywalców mojej kosmetyczki, niezastąpiony zwłaszcza latem, ale i teraz w ciemne, coraz bardziej ponure jesienne dni bardzo przydatny. Oto on - złoto-brązowy rozświetlacz marki Benefit o wdzięcznej i bardzo trafnej nazwie  - Sun Beam.


W przeuroczym maleńkim opakowaniu zamknięto 13 ml płynnego piaskowego złota ;) Zgrabny pędzelek służy chyba jednie wydobyciu produktu z buteleczki, sama nigdy nie użyłam go do aplikacji ani tym bardziej roztarcia produktu na skórze, robię to palcem - w zależności od intencji albo delikatnie wklepuję kosmetyk w skórę - błysk nabiera tym samym mocy, albo po prostu rozcieram go - efekt jest bardziej dyskretny i stonowany.



Śliczny taflowy i bezdrobinkowy shimmer sprawdzi się nie tylko wtedy, gdy zechcemy podkreślić kości policzkowe czy łuk brwiowy; także muśnięte nim opalone ramiona czy dekolt zyskają wiele na urodzie. Bardzo uniwersalny i na tyle jasny, że nawet na bladej nieopalonej skórze pięknie promienieje i wydobywa z niej blask. Wymieszany z podkładem sprawi, że ten nabierze właściwości rozświetlających, co jest świetnym rozwiązaniem dla takich wielbicieli rozświetlonej cery jak ja ;)


Bardzo wydajny, mała kropla wystarczy, by nadać skórze blasku. Trwały, o ile nie pocieracie skóry dłońmi, zostanie na niej aż do demakijażu. Nie uczula, nie zapycha, w każdym razie mi żadnej krzywdy nie zrobił. Naprawdę - miło mieć ;-)

wtorek, 12 listopada 2013

Farmona i Energia Pomarańczy

Niewiele trzeba, aby skłonić mnie do zakupu płynu do kąpieli, wystarczy wrzucić w nazwę słowo sugerujące jakiś niezwykle apetyczny zapach i tu w rolach głównych często występują słodkości, na równi z cytrusami. Tak jest i tutaj, dodatkowo Farmona obietnicę zapachu wprost z hiszpańskich gajów pomarańczowych okrasiła pokusą pielęgnacji, umieszczając na etykiecie określenie Olejek do kąpieli. Jak się niestety po fakcie zakupu okazało,  określenie to nie ma zbyt wiele z prawdą wspólnego,  Energia Pomarańczy z serii Magic SPA jest najzwyklejszym płynem do kąpieli, tyle tylko, że ładnie sprzedanym ;-). Rozczarowanie nieco wynagradza aromat gorzkich pomarańczy, który wraz z gęstą obfitą pianą towarzyszy najdłuższej nawet kąpieli.
 

 
Kąpiel z Pomarańczową Energią to, według producenta, nie tylko pieszczota dla zmysłów, ale i pielęgnacja skóry - w tym nibyolejku zawarto ponoć ekstrakt z pomarańczy, otręby pszenne i tajemniczy kompleks Soft Skin; całość odpowiada za nawilżenie, odżywienie i wygładzenie skóry. Nie oczekuję od płynu do kąpieli nic więcej poza pianą i aromatem, stąd litościwie nie rozliczam go z tych obietnic, tym bardziej że cała reszta w pełni mnie satysfakcjonuje.
 


Olejek Farmony przyciąga wzrok nie tylko intensywną barwą, ale i atrakcyjnym opakowaniem - 500 ml płynu wlano do ciężkiego szklanego flakonu, który zamknięto dekoracyjnym korkiem. Całość robi miłe dla oka wrażenie, choć mam nadzieję, że nie dojdzie do bliższego spotkania z łazienkową glazurą. Cena? Ta regularna to ok. 25 złotych, ale ja zapłaciłam za niego w promocji niecałe 10 zł, co, jak uważam, jest bardziej odpowiednią relacją jakości do ceny ;)
 
Znacie, lubicie, a może Waszą uwagę przyciągnął inny wariant zapachowy? Koniecznie dajcie znać!
 
 

piątek, 8 listopada 2013

Ocean Clay Face Mask, Planeta Organica

Moja sympatia do rosyjskich kosmetyków trwa, trwa i nic nie wskazuje na to, by miała przeminąć. Z każdym kolejnym utwierdzam się w przekonaniu o trafnym wyborze, i - co ważniejsze - o tym, że dobry skład niekoniecznie musi oznaczać wysoką cenę. W dodatku rosyjskie marki rozgościły się na naszym rynku na dobre, dzięki czemu naprawdę jest w czym wybierać ;) Ostatnio w moje ręce trafiły dwie maseczki do twarzy Planeta Organica, z jedną z nich - Ocean Clay Face Mask - zdążyłam się już bliżej zaprzyjaźnić i dziś parę słów na ten temat.
 
 
Przede wszystkim opakowanie! Niby nic wielkiego, ot, brązowy plastik i kolorowa naklejka, ale tak zgrabnie i dekoracyjnie je skomponowano, że całość od razu przyciąga wzrok, a że sroka ze mnie, to się nie opieram ;-)  Zabezpieczenie w postaci sreberka pod nakrętką jest dla mnie dodatkowym plusem, lubię mieć pewność, że jestem pierwszym testerem swoich kosmetyków.


A co w opakowaniu? Ocean Clay Face Mask to głęboko oczyszczająca maseczka do twarzy, na bazie morskiej glinki, która uwalnia skórę z toksyn i dotlenia ją. Ponadto zawarto w niej także ekstrakty (wyciągi z herbaty, nagietka, alg, morszczynu pęcherzykowatego czy miłorzębu) i oleje (olejek cytrynowy, oliwa z oliwek, olej z awokado i słodkich migdałów, olejek różany i wiele innych), których działanie ma normalizować funkcje gruczołów łojowych. Kosmetyk nie tylko oczyszcza skórę, ale także poprawia jej elastyczność i sprężystość. Dodatkowo wieść z pudełka niesie, że maska została dla nas ręcznie wykonana, z naturalnych składników.
 
 
Zapach to intensywny, ziołowo-morski aromat, trochę jakby męski. O dziwo, przypadł mi do gustu, choć przekonana jestem, że nie wszystkim się spodoba. Również konsystencja jest  specyficzna, gęsta, grudkowata i pełna drobinek, co jest o tyle dobre, że zmywając maskę z twarzy (po ok. 5 - 10 minutach od aplikacji) możemy wykonać nią delikatny peeling.
 

Efekty? Lekko rozjaśniona twarz, idealnie domknięte pory i sprężysta, gładka w dotyku skóra. Wszystko to sprawia, że jestem bardzo usatysfakcjonowana działaniem maski i chętnie po nią sięgam. Mimo przeciętnej pojemności - 100 ml za ok. 16 zł - jest dość wydajna, zwłaszcza jeśli wziąć pod uwagę, że tego typu  maski zwykle nakładam na twarz grubą warstwą, aby zabezpieczyć glinkę przed wysychaniem. Polecam, mała rzecz, a cieszy ;-)



 

czwartek, 7 listopada 2013

Jagodowe love od Kiko

Bohatera dzisiejszego wpisu nie udało mi się niestety godnie zaprezentować na paznokciach - w temacie malowania paznokci jestem absolutnym beztalenciem, mam jednak nadzieję, że pozostałe zdjęcia pomogą Wam wyrobić sobie o nim odpowiednio dobre zdanie. A zdecydowanie jest tego wart - Kiko, Quick Dry nail lacquer w bajecznym odcieniu Blueberry to nie tylko piękny kolor, ale także bezproblemowa aplikacja i - zgodnie z obietnicą - szybkie schnięcie.
 
  
 
   
 
 
 
 
Pędzelek jest szeroki, dzięki czemu lakier nakłada się szybko i bez smug. Już pierwsza warstwa daje dobre krycie, ale najpiękniejszy kolor uzyskamy dopiero po dwukrotnym pomalowaniu paznokci. Blueberry to zgodnie z nazwą ciemna dojrzała jagoda, choć spotkałam się też ze stwierdzeniem, że to barwa bakłażanu. Nie polemizuję, kolor w zależności od światła prezentuje różne oblicza i aż żal, że na zdjęciach wyszedł dość nieciekawie.
 



Nie ma dużego połysku, wykończenie zdaje się jest określane jako kremowe. Zasycha rzeczywiście szybko i właściwie nie ma potrzeby wspomagania go żadnym wysuszaczem, no chyba że dla spotęgowania blasku. Trwałość przeciętna, ale w obliczu piękna koloru do wybaczenia ;)