czwartek, 31 października 2013

The Body Shop i prawdziwy Sweet Lemon na skórze

Lubię kosmetyki o wyraźnej linii zapachowej, zwłaszcza jeśli zawartą w nazwie obietnicę zapachu  odnajduję w tym, co wyczuwam na skórze.  Nic więc dziwnego, że balsam The Body Shop o wdzięcznej nazwie Sweet Lemon zachwycił mnie od pierwszego powąchania - jego upajająca woń nieustająco przywodzi mi na myśl słodki, choć jednocześnie lekko kwaskowaty zapach granity - zmrożonego napoju z syropu cukrowego i cytryn stworzonego przez Włochów dla orzeźwienia w upalne letnie dni.
 

W balsamie zawarto olejek z prasowanych na zimno pestek cytryn i to chyba ten olejek właśnie odpowiada za bajeczny aromat. Niestety nie utrzymuje się on na skórze specjalnie długo, ale nawet te parę chwil po aplikacji wystarczy, by wprawić mnie w dobry humor ;) Ponadto zapach nie jest jedynym atutem balsamu, kosmetyk łatwo i przyjemnie rozprowadza się po ciele, szybko się wchłania i pozostawia po sobie uczucie komfortu i nawilżenia.

 
Balsam jest dość wydajny, lekka konsystencja sprawia, że już nieduża ilość wystarczy, by odżywić skórę. Opakowanie jest typowe dla marki, przyjemne dla oka i wygodne w użyciu. Pompka nie zacina się, a w dodatku można ją odkręcić i w ten sposób wydobyć zalegające resztki kosmetyku. Ze względu na uzależniający zapach balsam na pewno zostanie ze mną na dłużej ;)) 
 
ps. z tego co widziałam, w salonach TBS trwa właśnie promocja m.in na tę linię zapachową - polecam serdecznie!
 
 
 
 

wtorek, 29 października 2013

Color Boost od Bourjois

Nie ma chyba firmy produkującej kosmetyki kolorowe, która w swojej ofercie nie umieściłaby, albo nie planuje umieścić, tak popularnych ostatnio kredek do ust. I dobrze, bo kredki te zwykle okazują się świetnym  połączeniem makijażu z pielęgnacją, a dzięki sporej popularności wreszcie jest w czym wybierać. Dziś o jednej z nich, trochę nieplanowanej, bo podchody robiłam raczej do kredek Catrice, ale standy w Naturze okazały się tak nagrzane światłem, że pod wpływem ciepła kosmetyki się prawie topiły :/ Na szczęście stoisko Bourjois jest bardziej przemyślane pod tym względem i  ostatecznie to właśnie Color Boost wylądował w moim koszyku. 
 
 
Seria Color Boost ma co najmniej 6 odcieni, ja wybrałam ten oznaczony numerem 06 -  Plum Russian. Kolor to pięknie połyskująca i lekko transparentna chłodna śliwka, choć oczywiście w zależności od ilości warstw można zwiększyć jego intensywność na ustach. Wkład  jest wykręcany i ma słodkawy delikatny zapach. Kredka zostawia przyjemne uczucie nawilżonych i miękkich ust, jeśli wierzyć producentowi wszystko dzięki wzbogaceniu jej ekstraktem z jedwabiu. Co by to nie było, nosi się ją naprawdę komfortowo. Ściera się równomiernie i raczej powoli, nawet po kilku godzinach wciąż jestem w stanie dostrzec ślad koloru na ustach.
 
 
Jak widać zdjęcia robię w naprawdę trudnych warunkach - tu mój mały pomocnik w roli strażnika grawitacji ;-)
 
 
 
I Plum Russian na ustach - w mocnym nasyceniu, bo dla lepszego zobrazowania koloru nałożyłam kilka warstw. Efekt końcowy bardzo mi się podoba i coś czuję, że kredka ta będzie jedną z niewielu, które zużyję do końca. A Wy macie swoich ulubieńców wśród kredek do ust?
 
 
ps. W Super-Pharm do końca października kosmetyki kolorowe i lakiery do paznokci kupicie o 40% taniej! W tym również te kredki ;-)
 
 
 

piątek, 25 października 2013

Idealna skóra z Vichy Idealia?

Idealia, Life Serum odważnie reklamowane jako odpowiedź na potrzeby każdej kobiety, niezależnie od wieku i stanu skóry, zawitało do mnie w wyniku wygranej w konkursie organizowanym przez markę na fb. Nie jestem fanką pielęgnacji Vichy i nie ukrywam, że wysłałam swoje zgłoszenie tylko dlatego, że permanentnie napotykałam recenzje typu: "nie przepadam za kosmetykami Vichy, ale to serum jest super/wyjątkowe/wspaniałe". Czy i u mnie będzie podobnie? Zapraszam do lektury.
  
 
Formuła serum opracowana jest tak, aby trafiać w potrzeby współczesnej kobiety, która, według Vichy, żyje w stresie i wiecznym pośpiechu, nie ma czasu na odpowiednio zbilansowaną zdrową dietę, ani tym bardziej na wystarczającą ilość snu. Dorzućmy do tego zanieczyszczenia środowiska i promienie UV, a okaże się, że fundujemy naszej skórze prawdziwy horror. Life Serum to obietnica spektakularnej poprawy jakości skóry poprzez nadanie jej jednolitego kolorytu, zwężenie porów i poprawę stopnia nawilżenia. Zastosowano tu przyśpieszający odnowę komórkową kompleks idealizujący i lipohydroksykwas (pochodna kwasu salicylowego), którego działaniem jest delikatne złuszczanie naskórka i w efekcie poprawa koloru skóry, a także adenozynę i kwas hialuronowy.
 

Idealia ma lekką konsystencję na podobieństwo emulsji, delikatny, przyjemny zapach i coś, co najbardziej mnie zaskoczyło - mnóstwo maleńkich drobinek opalizujących brzoskwiniowo-różową poświatą. Rozświetlona serum skóra promienieje zdrowym blaskiem, wygląda na wypoczętą i wizualnie młodszą.  Ta szczególna właściwość sprawia, że Life Serum dobrze sprawdza się jako baza pod makijaż, tym bardziej, że cechuje je świetna wchłanialność i brak rolowania.


Odnośnie właściwości pielęgnacyjnych serum mam nieco mieszane odczucia, owszem zadbana i wypielęgnowana cera stanie się dzięki niemu jeszcze piękniejsza, ale czy jest ono antidotum na odwodnioną, poszarzałą i zmęczoną skórę? Wydaje mi się, że nie, ja w każdym razie sięgnęłabym wtedy po coś bardziej treściwego. Na plus zaliczam to, że mimo regularnego stosowania serum nie pojawiły się na twarzy żadne wypryski, co jest miłą odmianą, jeśli chodzi o kontakt mojej skóry z kosmetykami Vichy. W teamcie zwężania porów niewiele mam do powiedzenia, bo ostatnio w ogóle nie mam z tym problemu, a na jednorodny koloryt mojej skóry pracuje inny krem (skutecznie!), który Wam tu wkrótce przedstawię


Podsumowując, Idealia z pewnością jest kosmetykiem upiększającym, a już szczególnie zadowolone powinny być te z Was, które na co dzień nie stosują podkładu, serum pięknie rozświetla i ożywia twarz. Sprawdzi się też jako dodatek do codziennej pielęgnacji, ale raczej nie oczekujcie magicznego rozwiązania wszystkich problemów Waszej skóry. Niemniej z przyjemnością zużyję je do końca :)
 
 
 
 

czwartek, 24 października 2013

Siquens, Płyn micelarny

Nigdy wcześniej nie przyglądałam się bliżej produktom  Siquens  i tak po prawdzie, po doświadczeniach z tytułowym micelem, nie planuję kontynuować znajomości z marką. Mówiąc wprost bohater dzisiejszego wpisu nie przypadł mi do gustu i jedynie spora skuteczność w oczyszczaniu twarzy sprawia, że postanowiłam go jakoś zmęczyć.
 

Płyn zamknięty jest w sztywnej plastikowej butelce o dość ubogiej szacie graficznej ;-), korek może trochę trudno się otwiera, ale za to nie chlapie płynem, tak że całość raczej na plus. Producent reklamuje, że kosmetyk nie tylko łagodnie (bez parabenów, mydła i barwników) oczyszcza skórę, ale także wykazuje działanie antybakteryjne i normalizujące wydzielanie sebum. Występuje w dwóch odsłonach, posiadam wersję przeznaczoną do skóry mieszanej lub tłustej, druga skierowana jest dla posiadaczek cery suchej. Obie wersje mogą być stosowane przy skórze wrażliwej.

 
Płyn zupełnie nieźle radzi sobie z demakijażem, nawet wodoodporny tusz mu nie straszny. Nie zostawia lepkiej warstwy na skórze, trudno też przyczepić się do zapachu, ten, choć nieco chemiczny,  jest raczej delikatny. Minus jest właściwie jeden, ale konkretny - micel ma bardzo nieprzyjemny gorzki smak i choć wiem, że do picia nie służy, to niech tylko ktoś spróbuje oblizać przetarte nim usta lub nadstawić policzek do buziaka ;D Ohyda, serio.
 
Regularna cena to blisko 30 zł za 200 ml, mi na szczęście udało się stracić jedyne 9 zł dzięki promocji w SuperPharm. Z drugiej strony, gdyby nie promocja, to pewnie bym się nie skusiła i oto powstaje pytanie, ulegać promocjom czy nie ;-) Ulegacie? 
 
 

środa, 23 października 2013

Krem pod oczy Sylveco

Trudno się było oprzeć zachwytom blogosfery nad kosmetykami Sylveco i jakkolwiek patrzyłam na nie z lekką podejrzliwością, bo jak to, i świetne i tanie, a przy tym naturalne?, to obawiam się, że tym wpisem sama do pochwalnego chóru dołączę ;)
 
 
Łagodzący krem pod oczy przeznaczony jest do codziennej pielęgnacji wrażliwej i delikatnej skóry okolic oczu. Dzięki bogactwu składników - w rolach głównych chaber bławatek, świetlik łąkowy i brzoza biała - i specjalnej formule krem poprawia  strukturę skóry, przywraca jej sprężystość i odpowiedni poziom nawilżenia, zmniejsza cienie i obrzęki oraz łagodzi zaczerwienienia i inne objawy zamęczenia oczu, spowalniając tym samym procesy starzenia skóry. Brzmi jak bajka i tak po prawdzie, nie wyobrażam sobie, czego więcej można by chcieć od kremu.
 
 
Nie będę próbowała rozliczyć Sylveco z wszystkich tych obietnic choćby dlatego, że nie mam dużych cieni pod oczami i raczej nigdy nie próbowałam się ich pozbyć kremami, ot taka moja uroda. Z kolei obrzęki zdarzają mi się na tyle rzadko, że trudno byłoby mi dowieść skuteczność jakiegokolwiek kremu w walce z nimi, a co do opóźniania procesu starzenia się skóry nijak nie sposób tego sprawdzić po zaledwie kilku miesiącach stosowania kremu. Ale to co mogę potwierdzić to fantastyczne nawilżenie i odżywienie skóry, a ponadto zauważalna poprawa elastyczności i napięcia. Rzadko się zdarza, bym używając regularnie jednego kremu pod oczy nie czuła potrzeby wspomożenia go innym, tutaj tak właśnie jest, Sylveco okazał się w zupełności wystarczający.


W poście o pomadce Sylveco wspomniałam o opakowaniach, nie inaczej jest tutaj, niewielki kartonik w całości został zadrukowany interesującymi informacjami,  po kolei omówiono składniki kremu opisując ich właściwości. Bardzo przekonuje mnie takie rozwiązanie i mam nadzieję, że z czasem więcej firm pójdzie w ich ślady ;) Poręczne opakowanie zaopatrzono w pompkę i dozownik typu airless, całość jest wygodna i praktyczna w użyciu. Duża pojemność jak na krem pod oczy, bo aż 30 ml. 
 

 
Lekka konsystencja ułatwia rozprowadzanie kremu na skórze i jego wchłanialność. Krem sprawdza się również pod makijażem, dosłownie ze dwa razy zdarzyło się, że się zrolował, a i to dlatego, że nałożyłam zbyt grubą warstwę.

 
Podsumowując, krem wprawdzie cudów nie czyni, ale jest naprawdę dobrą odpowiedzią na potrzeby skóry, w dodatku z niezłym składem i świetną ceną (ok 25 zł). Kosmetyki Sylveco kupicie w aptekach i oczywiście Sieci. Ciekawa jestem, czy miałyście już z nimi do czynienia?
 
 
 
ps. wybaczcie stan moich dłoni, to mały czarny i mocno kudłaty złoczyńca te szramy uczynił ;-)!
 
 
 
 

wtorek, 22 października 2013

Zupełnie niezły drapak od SunFX

Przekonana jestem, że kosmetyki australijskiej firmy SunFX nigdy nie pojawiłyby się w moim posiadaniu, gdyby nie wygrana w konkursie. Dlaczego nie kupiłabym ich sama? Choćby dlatego, że dostępne są głównie w salonach świadczących usługi opalania natryskowego, a ja raczej omijam tego typu przybytki z daleka, na równi z solariami. Poza tym z informacji jakoby zostały opracowane dla uzupełnienia i pielęgnacji opalenizny uzyskanej na skutek natrysku właśnie  trochę na wyrost wywnioskowałam,  że miłości z tego nie będzie. Zupełnie niesłusznie, kosmetyki są naprawdę dobre, a już peeling Body Polish, który Wam zaraz opiszę, jest rewelacyjny.
 
 
Peeling zamknięto w miękkiej i komfortowej w użyciu tubie, jest to o tyle praktyczne rozwiązanie, że daje możliwość zużycia go do ostatniej kropli ;) Pojemność opakowania to 200 ml, co przy gęstej na podobieństwo pasty do zębów konsystencji produktu sprawia, że staje się on całkiem wydajny.
 
 
Sam peeling to miks zmielonej skorupki orzecha włoskiego, pumeksu i składników zmiękczających, z dodatkiem mikroskopijnych drobinek błyszczącej miki. Wszystko to tworzy złociście połyskującą całość, w dodatku  przyjemnie pachnącą olejkiem migdałowym, i nie wiem naprawdę, co bardziej przypadło mi do gustu, wygląd scrubu, zapach czy jego działanie ;) A to ostatnie jest naprawdę niezłe, drobinki zatopione w peelingu są na tyle ostre, że rewelacyjnie radzą sobie ze ścieraniem martwego naskórka, ale też na tyle delikatne, że nie ranią skóry. Niewątpliwą ich zaletą jest nierozpuszczalność w wodzie, zatem peeling trwa dokładnie tyle, ile chcemy. Składniki towarzyszące zapewniają dobry poślizg i natłuszczenie, skóra po zabiegu jest nie tylko gładka, ale i dobrze nawilżona, z delikatnym połyskiem. Efekt końcowy nieodmiennie mnie zachwyca :)

 
Podsumowując, polecam serdecznie, mimo słabej (?) dostępności i nie najniższej ceny (ok 50-60 zł) warto go mieć :) Świetnie sprawdza się nie tylko przed aplikacją kosmetyków samoopalających, ale także w codziennej pielęgnacji skóry, choćby po depilacji.
 
 

poniedziałek, 21 października 2013

Nubian Heritage, African Black Soap Bar

Wspomniałam już parę razy, że do oczyszczania twarzy wykorzystuję nie tylko pianki czy płyny micelarne, ale przede wszystkim mydła, tym bardziej, że wiele z nich wykazuje dodatkowe właściwości pielęgnujące. Dotychczas moimi ulubionymi były mydła Aleppo i Marsylskie, ale to, o którym Wam dziś opowiem - Afrykańskie czarne mydło, Nubian Heritage - w żaden sposób od nich nie odstaje, a wręcz przewyższa je w co najmniej jednej kwestii - zapachu!
 

Afrykańskie czarne mydło jest mydłem roślinnym, w składzie (zgodnie z deklaracją producenta wszystkie surowce pochodzą z etycznego handlu) zawiera  m.in. popiół palmowyekstrakt z tamaryndowca, wyciąg z liści aloesu, masło Shea, olej kokosowy, owies i witaminę E, dzięki czemu wykazuje dużą skuteczność w leczeniu egzemy, trądziku i innych skórnych dolegliwości. Znakomicie nadaje się do pielęgnacji skóry, zwłaszcza tłustej, nawilża ją, przyspiesza złuszczanie martwego naskórka i stymuluje regenerację, w efekcie czego twarz ma świeży i zdrowy wygląd.
 
 
Mimo mało zachęcającego czarnego koloru mydło jest bardzo przyjemne w użyciu - świetnie się pieni obfitą kremową pianą i bardzo ładnie pachnie, słodko-owocowo, subtelnie ale wyczuwalnie. Konsystencja jest w sam raz, mydło jest twarde i nie mięknie nadmiernie pod wpływem wody, ale i tak staram się je trzymać w suchym miejscu.  Czy pielęgnuje? Zdecydowanie tak! Skóra nim umyta jest odświeżona, nawilżona i gładka w dotyku, w sporej mierze dzięki drobinkom zatopionym w mydle, które delikatnie ją peelingują.

  
Jedyny minus, który dostrzegam, to ten, że w przeciwieństwie do mydeł Aleppo i Marsylskiego,  czarne mydło szybciej się zużywa, przez co jest mniej wydajne. Z drugiej strony to doskonała sposobność, by wypróbować inne mydła z tej serii, a jest w czym wybierać, zerknijcie tu. Cena jest przyjazna, za kostkę o wadze 141 g zapłacimy ok. 4 $, gorzej z dostępnością, bo trzeba je ściągać z amerykańskiego sklepu iherb. Znacie te mydełka? A może macie inne w gronie ulubieńców?
 



czwartek, 17 października 2013

Kiko, Pearly Chocolate Noir

Mój nowy ulubieniec wśród lakierów do paznokci - Kiko 374 -  jest o tyle zaskoczeniem, że zwykle nie przepadam i raczej rzadko sięgam po tak ciemne kolory. Ale temu naprawdę nie sposób się oprzeć, popatrzcie same ;)
 




Pearly Chocolate Noir to urzekający odcień gorzkiej czekolady wymieszany z błyszczącymi drobinkami w kolorze cynamonu - piękny, a już szczególnie w promieniach słońca oczu od niego oderwać nie mogę ;) Maluje się nim bajecznie prosto, do pełnego krycia potrzebne są dwie warstwy, po pierwszej wygląda niezbyt ciekawie. Szeroki pędzelek i dość gęsta konsystencja ułatwiają malowanie, lakier nie tworzy smug, jest raczej trwały, nie grożą nam odpryski, już prędzej lekkie ścieranie się końcówek po paru dniach. Dodatkowym plusem jest to, ze bardzo szybko schnie, nie muszę sięgać po żadne wysuszacze lakieru i dobrze, bo mój Seche Vite umarł na amen :/





 
Lakier niesamowicie mi się podoba, dawno żaden kolor nie zrobił na mnie takiego wrażenia! A Wy widzicie go na swoich paznokciach?  

 
 

wtorek, 15 października 2013

♡ Liguria ♡

Tak się przyjemnie złożyło, że już kolejne moje urodziny świętowaliśmy w przepięknych okolicznościach przyrody i architektury północnych Włoch. Z każdą wizytą jestem coraz bardziej oczarowana i właściwie nie miałabym nic przeciwko, by te coroczne odwiedziny stały się tradycją. Zwiedziliśmy Mediolan, Genuę po czym szybko przeskoczyliśmy do głównego punktu programu - Ligurii. To prawdziwa uczta dla oczu, bujna natura zachwyca na równi z architekturą; bajecznie kolorowe fasady budynków są bogato zdobione obrazami i malunkami imitującymi rzeźbione kolumny, filary, balustrady, herby i ornamenty. Nie raz i nie dwa dałam się nabrać, by dopiero po bliższemu przyjrzeniu się odkryć, że to, co brałam za kunszt pracy rzeźbiarza jest i owszem, kunsztem, ale artysty malarza iluzjonisty ;)  Ale największy chyba urok Wybrzeża Liguryjskiego to niezwykle malownicze miasteczka przeklejone niemalże do skał, tzw. Cinque Terre. Na zdjęciach poniżej klimatyczna Manarola z tarasowo ułożonymi na stromych zboczach winnicami i gajami oliwnymi i położone nieopodal Riomaggiore. Pięknie tam!
 


Nie tylko mieszkańcy Cinque Terre wspinają się po ostrych klifach, całe wybrzeże zdaje się być wyścigiem miasteczek pod hasłem 'które wyżej'. Dzięki temu widoki jak te na zdjęciach poniżej nie są tu niczym niezwykłym, a i kawa wypita w takich okolicznościach smakuje jakby lepiej ;-)



A to już Portofino, ponoć najpiękniejszy i najbardziej ekskluzywny port Riwiery Włoskiej. Jest też zdecydowanie gęsto oblegany przez turystów, choć mi samej sąsiednia Santa Margherita bardziej przypadła do gustu.
 


ps. A takie to znaki znajdziecie na ulicach Genui ;-) Ja widzę tu chorego z miłości listonosza, ale ciekawa jestem Waszej interpretacji, jeśli macie jakieś pomysły, co może przedstawiać ten znak, podzielcie się ;)

 
 
 
 
 

czwartek, 10 października 2013

Burżujkowe oczarowanie!

Kredkę Regard Effet Metallise otrzymałam jako gratis do zakupów i bardzo dobrze się złożyło, bo pewnie sama nie zwróciłabym na nią uwagi, jako że w ogóle mało uwagi zwracam na kredki, często w ich charakterze wykorzystuję po prostu cienie do powiek ;-) Ale skoro już jest, to cieszy mnie bardzo, zwłaszcza że tak miło się złożyło, że kredkę dostałam w przepięknym kolorze ni to różu ni to miedzi, a oznaczonym nazwą Feuille de cuirve (nr 53).

 
Seria Regard Effet Metallise dostępna jest w 6 odcieniach o metalicznym wykończeniu. Każda kredka ma gramaturę 1,2 g. Nie mają wysuwanych wkładów, trzeba je niestety temperować, co z uwagi na miękki rysik może być kłopotliwe, ale wystarczy ją lekko schłodzić i cała operacja odbędzie się bez szkody dla sztyftu.
 
 
Miękki rysik świetnie sprawdza się na delikatnej skórze powiek; w razie potrzeby narysowaną kreskę można też łatwo rozetrzeć. Mimo deklaracji Bourjois o wodoodporności kredki mam lekkie wątpliwości, pianka do demakijażu trochę zbyt łatwo sobie z nią radzi ;-). Nie mam natomiast żadnych zastrzeżeń co do trwałości, kreska nie znika ani nie blaknie w ciągu dnia.
 
 
Feuille de cuirve  to piękny pastel o dość niejednoznacznym odcieniu, coś jakby różo-brązu.   Metaliczne wykończenie sprawia, że kredka doskonale nadaje się do rozświetlenia oka, i mimo niepozornego wyglądu powyżej na zdjęciu, na powiece wygląda naprawdę pięknie i świetnie też komponuje się  z zieloną tęczówką oka. Polecam i nie ukrywam, nabrałam apetytu na więcej!
 
Znacie te kredki? Polecacie jakieś kolory? ;)


środa, 9 października 2013

Verima Phytocosmetic, Clear Skin Fluid

Bardzo, a nawet coraz bardziej ;) lubię kosmetyki naturalne, ale ponieważ dopiero je poznaję i stopniowo poszerzam grono zaufanych marek, chętnie szukam i testuję nowości i taką właśnie drogą trafił do mnie krem Verima Phytocosmetic. Od razu dodam, że zaintrygowała mnie myśl przewodnia  marki, idea tworzenia takich kosmetyków, których zadaniem jest wzmacnianie procesów samoistnie zachodzących w naszym organizmie, a więc i skórze.  W zupełności mnie to przekonuje i tak z całej gamy kosmetyków Verima sięgnęłam po Clear Skin Fluid.
 
 
Clear Skin Fluid to intensywna pielęgnacja oczyszczająca dla skóry zanieczyszczonej i przetłuszczającej się. Mojej wprawdzie do takiej daleko, ale wraz ze stosowaniem kwasów/retinolu regularnie obserwuję wysyp nieprzyjemnych niespodzianek i ten kosmetyk miał mi  pomóc zarówno w walce z nimi jak i nawilżyć przesuszoną działaniem kwasów skórę.  Krem ma przeciwzapalne i antywirusowe działanie, przywraca równowagę skórze, a witamina E ochrania ją przed działaniem szkodliwych rodników. Stosowany regularnie sprawia, że skóra ma świeży i promienny wygląd.
 

W konsystencji krem przypomina bardziej emulsję, jest dość rzadki i bardzo lekki, łatwo się rozprowadza na skórze i błyskawicznie wchłania. Ma specyficzny ziołowy zapach, ale nie trwa on długo i szybko się ulatnia. Mimo lekkiej formuły fluid dobrze nawilża skórę, działanie oczyszczające również jest widoczne - cera jest gładka i czysta, a koloryt ładnie wyrównany. Nie wiem, jak poradzi sobie z mocno zanieczyszczoną skórą, ale ja jestem z niego bardzo zadowolona :)


Opakowanie ma nieco apteczny wygląd - szklana (ceramiczna?) buteleczka z dozownikiem zaopatrzonym w sprawnie działającą pompkę. Krem jest bardzo wydajny, używam już jakiś czas, a dotarłam może do połowy. Cena nieco wysoka, bo ok. 70-90 zł, w zależności od sklepu, ale warto i jestem przekonana, że to nie ostatnie moje spotkanie z Verima Phytocosmetic.

wtorek, 8 października 2013

Ekspresowy demakijaż z Bourjois

Express Cleansing Wipes, Bourjois to od dłuższego czasu mój stały wybór, kiedy przychodzi do pakowania kosmetyczki na wyjazd. Moja cera źle znosi zmianę wody, staram się więc w podróży tak dobierać sposób demakijażu, żeby jak najmniej miała z nią kontaktu i wtedy właśnie te chusteczki  okazują się niezastąpione.
 

Express Cleansing Wipes są mocno nawilżone, ponoć aż o 25% bardziej niż klasyczne - i rzeczywiście - używałam ich kiedyś na zmianę z chusteczkami Alterry (Nawilżane chusteczki oczyszczające z aloesem) i te od Bourjois są dużo lepsze. Sprawnie i szybko (obiecane 60 sekund jest zupełnie realne) radzą sobie ze zmywaniem makijażu, w tym również tuszu do rzęs, nie podrażniając nawet najbardziej wrażliwej skóry okolic oczu. Do pełnego demakijażu wystarczą mi 2-3 chusteczki, co oceniam jako przyzwoity wynik (opakowanie 25 chusteczek to koszt ok. 13 zł). Kolorystyka i design opakowania przywodzi na myśl płyn micelarny tejże marki i tak po prawdzie to właśnie sympatia do niego sprawiła, że pierwszy raz sięgnęłam po te chusteczki - właściwości pielęgnacyjne oba produkty mają podobne. Małym minusem jest dla mnie brak sztywnego plastikowego zamknięcia, choć przyznaję, to które jest całkiem nieźle się sprawdza; klej jest mocny i chusteczki nie wysychają.  Polecam, póki co są to najlepsze chusteczki do demakijażu jakie miałam, a trochę ich już przetestowałam.
 
 

poniedziałek, 7 października 2013

Co czytam (vol. I)

Jestem prawdziwym molem książkowym, czytam niemal wszystko, co mi w ręce wpadnie, może jedynie poza instrukcjami obsługi i literaturą s-f ;-). Od prawie roku w mojej pasji towarzyszy mi Kindle, i muszę przyznać, że to chyba pierwsze urządzenie elektroniczne, bez którego nie wyobrażam sobie życia. Jest ze mną niemal wszędzie, w podróży, wszelkiego rodzaju kolejkach do odstania, ba! nawet w wannie ;-) I co najważniejsze, nie straszny mi już brak książki w domu, Kindle plus internet działa cuda. A ponieważ lubię czytać wpisy o tym, co ostatnio przeczytałyście, postanowiłam pokusić się na serię (mam nadzieję) podobnych i dziś pierwszy z nich.
 
Jedna z książek, którą szczególnie  chciałam Wam  zarekomendować, to  Portret w sepii, Isabel  Allende. Książka jest częścią tryptyku, w skład którego wchodzą równie świetne Dom duchów (ekranizacja z fantastyczną rolą Meryl Streep)  i Córka Fortuny; każda z nich to malownicza opowieść o niezwykłych losach ludzkich przedstawionych na tle burzliwych przemian w krajach Ameryki Południowej. Isabel Allende to jedna z moich ulubionych pisarek, przeczytałam niemal wszystkie jej książki i  prawie wszystkie, może jedynie poza trylogią o młodym Aleksandrze (Królestwo Złotego Smoka, Las Pigmejów, Miasto bestii), która jest skierowana jednak do dużo młodszych czytelników, gorąco polecam. Ogromne wrażenie zrobiła na mnie powieść zatytułowana Paula - spisana przy łóżku umierającej córki historia życia samej pisarki, ale nie mogę nie wspomnieć znakomitych Ines, Pani mej duszy czy Eva Luna. Jeśli jesteście fankami magicznego realizmu koniecznie sięgnijcie po którąś z nich! 

Dwa lata temu w pełni zasłużone tryumfy święcił w kinach film Służące i niezależnie od tego, czy oglądałyście go, czy nie, polecam książkę Kathryn Stockett. Jak to zwykle bywa, jest o niebo lepsza od ekranizacji, tym bardziej, że na potrzeby filmu pominięto i spłycono wiele wątków. Przeczytajcie, naprawdę warto!

 Rosja. Podróż do serca kraju i narodu to książka, którą wprawdzie przeczytałam już jakiś czas temu, tuż przed naszą podróżą do Sankt Petersburga, ale nie mogło jej tu zabraknąć.  Wielowątkowość relacji sprawia, że  trudno ją uznać za łatwą i szybką lekturę, sporo opisów autora skłania do refleksji, z wieloma opiniami można się nie zgodzić, ale  jeśli lubicie reportaże z podróży, pełne odniesień do historii i kultury kraju, opowieści o losach ludzkich, to tak, książka Jonathana Dimbleby'ego jest dla Was. Ja na pewno jeszcze nie raz po nią sięgnę, dużo się z niej dowiedziałam i nie ukrywam, wprost nie mogę się doczekać, by zobaczyć niektóre z miejsc w niej opisanych!
 
Na powieści Charlotte Link trafiłam zupełnym przypadkiem i jak dotąd przeczytałam  dwie zgoła odmienne - całkiem niezły kryminał Grzech aniołów, który sprawił, że nabrałam ochoty na więcej i Czas burz, wybrany równie losowo. Tę drugą polecam nieco bardziej, zwłaszcza jeśli lubicie sagi rodzinne. Rzecz dzieje się w czasach I wojny światowej, m.in. na terenie dawnych Prus Wschodnich, znajdziemy tu sporo wątków historycznych, ciekawych i niejednoznacznie narysowanych bohaterów - naprawdę nieźle się to czyta.
 
A jeśli mowa o kryminałach, nie sposób nie wspomnieć o książkach Mary Higgins Clark; ostatnio przeczytane to świetny Krzyk pośród nocy (o naiwna bohaterko!) i może już nie tak dobre, ale wciąż wciągające Dwa słodkie aniołki.  Fanów gatunku zachęcać pewnie nie trzeba ;)  Kontynuując temat kryminałów w czasie pobytu na siłowni słucham audiobooka Agaty Christie Morderstwo na plebanii i abstrahując od samej książki (znakomita!) w końcu udało mi się znaleźć świetnego lektora w osobie pana Artura Dziurmana. Naprawdę przyjemnie się z Panem biega, Panie Arturze ;-)!
 
A Wy? Co przeczytałyście ostatnio? :)
 
 
 
 
 
 
 * wszystkie okładki pochodzą z google
 
 
 

 

sobota, 5 października 2013

Moje nowe różowe love ;-)

... czyli parę słów o Healthy Glow Awakening Blush Rosy Glow  z zeszłorocznej wiosennej kolekcji Diora. I aż dziw, że dopiero niedawno zrobiło się o tym kosmetyku głośno, bo jest naprawdę piękny!


Dzięki technologii Fresh Color Reveal Rosy Glow dopasowuje się do indywidualnego odcienia skóry, wywołując rumieniec na podobieństwo tych naturalnych, pojawiających się na twarzy pod wpływem emocji. Róż pięknie rozpromienia twarz, dzięki czemu efekt jest świeży, młodzieńczy i pełen wdzięku ;)
 

Opakowanie różu, tradycyjnie dla Diora, to klasyczna i elegancka kaseta, ubrana dodatkowo w srebrny kartonik i aksamitny czarny welur. Róż zabezpieczono plastikową osłoną, w środku znajduje się także lusterko i miły w dotyku, choć dla mnie raczej bezużyteczny, pędzelek. Gramatura różu to 7,5 g.





Mimo pozornie ostrego nasycenia kosmetyk daje bardzo delikatny efekt - kolor to pastelowy, chłodny i nieco cukierkowy róż, niezwykle dziewczęcy i urokliwy. Miękka konsystencja i dobra pigmentacja  pozwalają już jednym pociągnięciem pędzla nadać policzkom oczekiwany odcień. Aplikację umila zapach - Rosy Glow pachnie płatkami dzikiej róży, aromat jest niezwykle delikatny, ale wyczuwalny ;-). Trwałość różu na skórze bez zarzutu, dodatkowo z upływem czasu kolor staje się jeszcze piękniejszy, trudno to opisać; myślę że to swoista reakcja kosmetyku z chemią skóry, w każdym razie efekt jest bajeczny.
 

Odcień policzków na zdjęciu powyżej to efekt niedługo po aplikacji różu, z upływem czasu kolor ewoluuje do jeszcze piękniejszego, choć i teraz mnie zachwyca. Dodatkowo na twarzy mam podkład Skin Illusion, brązer Estee Lauder i fiolety z ostatniej palety Sleeka.