piątek, 30 sierpnia 2013

Czekoladowe przyjemności ;-)

Kolejna pychotka do kąpieli, której zakup w miarę regularnie ponawiam, to Kremowa esencja do kąpieli i pod prysznic ze Starej Mydlarni o prawdziwie obłędnym zapachu czekolady. W  niepozornym wąskim flakoniku zamknięto tak udanie odwzorowany intensywny i głęboko nasycony aromat tych przepysznych słodkości, że aż się prosi, by je zjeść, najlepiej z malinami ;)

 
Producent obiecuje, że czekoladowa esencja nie tylko doskonale oczyszcza i ujędrnia ciało, ale ma także właściwości wyszczuplające. Od razu wkładam to między bajki, od tego typu produktów wymagam jedynie by ładnie pachniały i ewentualnie dobrze się pieniły. Ten nie pieni się zbyt obficie, ale za to wybitnie poprawia mi nastrój słodkawym aromatem, choć niestety po zakończeniu kąpielowych rytuałów na skórze pozostaje jedynie cień zapachu.


Dekoracyjne opakowanie mieści w sobie zaledwie 100 ml płynu, ale dla nienasyconych przewidziano też i większe wersje. Ja mam słabość do tej 'kieszonkowej' - kupuję ją w Naturze za ok 10 zł. Polecam, czekoholikom zwłaszcza!
 
 

środa, 28 sierpnia 2013

Synesis, Atłasowy żel pod oczy

W dużym skrócie - mój ulubieniec ostatnich miesięcy
 
Żel, jak to często u mnie bywa, kupiony bardziej z ciekawości niż rzeczywistej potrzeby, okazał się prawdziwym strzałem w dziesiątkę i na pewno na stałe zasili szeregi mojej pielęgnacji. Choć tak po prawdzie nie za walory pielęgnacyjne go cenię, bo jakby nie do końca jestem o nich przekonana, ale za - można by rzecz - efekty estetyczne ;-)


Producent przedstawia żel długaśną nazwą, której notabene brak na opakowaniu - Atłasowy żel pod oczy  Stymulacja i Elastyczność z peptydami  i olejem ryżowym - 3 aktywne składniki. Z informacji umieszczonych na stronie (brak niestety kartonika i tym samym wytłoczonych na nim informacji) dowiemy się, że zawiera on dwa rodzaje peptydów, które działają przeciwzmarszczkowo, stymulując syntezę kolagenu i blokując skurcz mięśni. Z kolei olej ryżowy jest odpowiedzialny za odżywienie delikatnej skóry pod oczami nasyconymi kwasami tłuszczowymi, w tym kwasem linolowym oraz silnymi antyutleniaczami - między innymi  witaminą E. Ponadto olej ryżowy stanowi naturalną ochornę przed promieniami UV.

 
Żel dzięki swojej nieprawdopodobnie atłasowej i mocno silikonowej konsystencji perfekcyjnie wypełnia zmarszczki pod oczami, nadając skórze gładkość i optycznie ją odmładzając. To naprawdę działa! I jednocześnie sprawia, że jestem od niego uzależniona i wklepuję go bez opamiętania ;-) Świetnie współpracuje z podkładem czy korektorem, choć warto mu dać chwilę, by się wchłonął, w przeciwnym wypadku może się nieco zrolować.  Efekt utrzymuje się aż do demakijażu, u mnie często gęsto kilkanaście godzin.


Odnośnie właściwości pielęgnacyjnych nie zauważyłam żadnego Wow!, na pewno skóra nie jest przesuszona, ani w żaden sposób podrażniona, ale też nie widzę, by żel jakoś szczególnie ją dopieszczał ;-) Traktuję go bardziej jako rewelacyjną bazę, a jeśli przy okazji ma działanie przeciwzmarszczkowe - też dobrze, chyba po prostu moja skóra jest jeszcze w na tyle dobrej kondycji, że wszelkie takie działania pozostają dla mnie niezauważone.
 
Żel nie ma zapachu ani koloru, w dotyku jest trochę tłustawy, a przy tym niesamowicie śliski i gładki. Jest też bardzo wydajny, odrobina wystarczy, żeby dokładnie wysmarować okolice oczu, a zwykle i tak zostaje mi nieco na palcu.


Samo opakowanie przeszło zdaje się w ostatnim okresie jakiś facelifting, na zdjęciach prezentuję wersję sprzed mniej więcej trzech miesięcy (na stronie Synesis jest już inne) - dobrze leżący w dłoni słoiczek wykonany z nieokreślonego i dość ciężkiego tworzywa. Złota nakrętka stanowi miłą dla oka ozdobę, choć z czasem pazłotko tu i ówdzie odpryskuje. Minusem jest dla mnie brak nadrukowanego na opakowaniu (skoro już nie ma kartonika) składu, nie ma go też na stronie, co wydaje mi się dość dziwną polityką. W razie zamówienia opis działania i skład zakupionego kosmetyku otrzymujemy na luźno dołączonej do przesyłki wydrukowanej kartce. No jakoś nie idzie mi w to w parze z cenami i aspiracjami marki, ale cóż, być może jest w tym ukryta wyższa myśl. A propos cen, za 15 mililitrowy słoiczek zapłacimy 95 złotych. Na szczęście na stronach sklepu Synesis łatwo o promocje, czasem nawet całkiem konkretne-  jeśli więc jesteście zainteresowane, bądźcie czujne - jest na co polować!
 
 
Skład:
Dimethicone, Cyclopentasiloxane, Polysilicone-11, Palmitoyl Tripeptide-5, Dipeptide Diaminobutyroyl Benzylamide Diacetatem, Oryza Sativa Bran Oil.
 
 
 
 
 
 

poniedziałek, 26 sierpnia 2013

Love Me Green, Wyszczuplający Balsam Do Ciała

 
Organiczny Wyszczuplający Balsam Do Ciała Zielona Herbata to ostatni z testowanych przeze mnie kosmetyków Love Me Green. Mogę napisać  o nim sporo dobrego, ale nie wiem czy na tyle zachwycającego, by zachęcić Was do wydania nań niebagatelnej kwoty ponad stu złotych.


Balsam, czy jak określono go na etykiecie opakowania - krem do ciała - zawiera bogate w kofeinę ekstrakty roślinne z zielonej kawy i zielonej herbaty, których głównym zadaniem jest eliminacja tłuszczu z komórek i poprawienie jędrności ciała. Wysoka pozycja aloesu w składzie obiecuje nawilżenie, a olej migdałowy odżywienie i uelastycznienie skóry. Kosmetyk jest wolny od parabenów, silikonów, olei mineralnych itp.


 A jak to się ma do rzeczywistości? Od razu uprzedzę, ze trudno mi rozliczać kosmetyk z właściwości wyszczuplających, bo po prostu w takowe nie wierzę. Nie ma cudów, dieta i ruch to jedyne, co może nas uratować ;-) Natomiast z całą pewnością mogę ocenić działanie odżywiające i nawilżające, które, owszem, występuje, ale niestety dość krótkotrwało, zwłaszcza jeśli chodzi o to ostatnie. Wygląda na to, że nawilżenie proponowane przez Love Me Green jest niewystarczające na potrzeby mojej skóry, która już po kilku godzinach staje się sucha i woła o kolejną warstwę. Tak naprawdę zadowolona jestem jedynie z działania ujędrniającego, które rzeczywiście dostrzegam w postaci zwiększonego napięcia skóry i - w miarę regularnego stosowania balsamu - poprawienia jej gęstości. Niestety efekt utrzymuje się tylko w czasie stosowania balsamu, co wprawdzie jest i tak lepsze, niż gdyby nie występował wcale,
ale wciąż niewystarczające, zwłaszcza w obliczu jego ceny.

 
Balsam ma przyjemną konsystencję, która o tyle współgra z obiecywanym efektem ujędrnienia, że wymaga solidnego wmasowania w skórę, w przeciwnym wypadku będziemy straszyły białymi smugami ;-) Zapach, no cóż, kwestia gustu, początkowo nawet mi się podobał, zdecydowanie coś dla fanów zielonej herbaty (moc zielonych badyli), a za takiego się uważam, ostatnio jednak zaczął mnie drażnić i raczej unikam nakładania balsamu w cieplejsze dni.  Utrzymuje się długo, stąd naprawdę lepiej przetestować, zanim zdecydujecie się na zakup.

Opakowanie? Bajka! Świetna szata graficzna, z pozwalającym ocenić ubytek prześwitem, sprawna pompka, stabilny flakon, słowem - mój ulubiony zestaw. Mniej bajkowa jest cena -  200 ml średnio wydajnego balsamu kosztuje 119 zł.

 

piątek, 23 sierpnia 2013

Rimmel Apocaliptic

Zdaje się już kiedyś pisałam, że doprawdy nie wiem co mi strzeliło do głowy, że ze wszystkich dostępnych w drogerii kolorów błyszczydła Rimmel Apocalips Lip Lacquer wybrałam prawdopodobnie najbardziej oczo... różowy kolor :] Chyba po prostu promocje nie do końca mają po drodze ze zdrowym rozsądkiem.
  
 
Seria Lip Lacquer, bardzo popularna ostatnio forma błyszczyków a'la lakierów do ust, łączy w sobie intensywność koloru szminki oraz delikatny, satynowy połysk. Dostępna jest w 8 odcieniach: Celestial, Galaxy, Nova, Apocaliptic, Luna, Big Bang, Stella oraz Eclipse. U mnie padło na odcień Apocaliptic, oznaczony również numerem 303.
 

 Lakier ukryto w całkiem ładnym opakowaniu, cieniowany dół udanie sugeruje kolor. Pałeczka zakończona jest gąbką, lubię takie rozwiązanie, zwłaszcza, że gąbeczka jest z gatunku precyzyjnych i dość giętkich. Nie do końca odpowiada mi  chemiczny zapach, na szczęście nie jest mocny i nie utrzymuje się  na ustach. Błyszczyk jest dość gęsty i oblepiający, stąd nie każdemu może odpowiadać uczucie ciężkości na ustach, jakie daje. Właściwości pielęgnacyjnych brak, choć nie zauważyłam także wysuszenia, jest raczej obojętny dla ust.
 
 

Kolor - iście lakierowy. Mocno napigmentowany, intensywny, początkowo dość błyszczący, z czasem nieco traci na połysku. Jeśli wziąć pod uwagę opinie znajomych, błyszczyk w zależności od koloru cechuje różna trwałość, ten, który ja posiadam jest dość trwały, dodatkowo kolor wnika w usta i kiedy nawet po błysku już dawno nie ma śladu, na wargach wciąż jeszcze zostaje cień koloru.  I przyznam, że ta opcja odpowiada mi najbardziej, krzykliwy w moim odczuciu kolor nabiera wreszcie cech 'do ludzi' ;) Kosmetyki Rimmel dostępne są w każdej niemal drogerii, cena Apocaliptic to ok. 30 zł. Tyle dobrego, że ja swój kupiłam w rossmannowej promocji i raczej nie planuję powtórek.
 

 

środa, 21 sierpnia 2013

Podkład od Chanel, czyli miłości z tego nie będzie ;)

Utarło się przekonanie, że kosmetyki produkowane na rynek azjatycki są lepszej jakości niż te dostępne na rodzimym europejskim rynku. Przyznam, że i ja dałam się ponieść złudzeniu, co sprawiło, że w moich kosmetycznych zasobach pojawił się podkład ChanelLe Blanc Light Mastering Whitening Fluid Foundation, i to pomimo tego, że
z podkładami tej marki jest mi wybitnie nie po drodze. Nic się niestety w tej kwestii nie zmieniło. 


 
Linia Le Blanc... dedykowana jest Azjatkom, co jest o tyle kuszące, że sugeruje żółtawą tonację kosmetyków koloryzujących. Specjalnie dobrane pigmenty mają za zadanie zatuszować przebarwienia i niedoskonałości oraz optycznie rozświetlić skórę, pozostawiając na niej półmatowe wykończenie. We fluidzie zawarto ekstrakt z lukrecji o wybielającym działaniu, wyciąg z pereł, mający zadbać o nawilżenie naszej skóry, a także ochronę przeciwsłoneczną w postaci filtra SPF 25/PA +++.
 

Zdecydowałam się na odcień B20, który miał mi służyć latem, kiedy łapię trochę słońca i chcąc nie chcąc muszę twarz do koloru reszty ciała jakoś dopasować ;-) Fluid rzeczywiście posiada żółte tony, o dziwo, dla mnie nawet trochę zbyt żółte, może dlatego, że na mojej skórze uwydatnia się dodatkowo oliwkowy pigment.  Konsystencja jest dość ciężkawa, przez co, w moim odczuciu, fluid jest nieco widoczny na twarzy, po za tym o ile zaraz po nałożeniu na twarz wygląda świetnie (jednolita i ładnie rozświetlona skóra), to po kilku godzinach utlenia się, skutek czego minimalnie, choć niestety zauważalnie, pomarańczowieje. Kryje nieźle, raczej nie potrzebuje wsparcia korektora, jest dość treściwy
(spróbujcie go wydobyć nie paskudząc przy tym pompki!) i z tego tytułu polecałabym go raczej na chłodniejsze dni,
latem moim zdaniem nie zda egzaminu. 
 
Od lewej: Rouge Bunny Rouge Coconut Milk Parfait, Chanel Le Blanc... B20, Clarins Skin Illusion 105 Nude.
 
 O właściwościach rozjaśniających niewiele mogę napisać, nie zaprzyjaźniłam się z podkładem na tyle, by móc je zaobserwować. Do ochrony przeciwsłonecznej także zbytnio bym się nie przywiązywała, jako że podkład do najtrwalszych nie należy, chyba że potraktujemy go pudrem sypkim, ale nie jest to rozwiązanie, które preferuję latem.
U mnie zresztą fluid zupełnie się nie sprawdził, nie tylko ze względu na utlenianie się, ale generalnie wolę lżejsze i mniej widoczne na skórze podkłady. Sądzę, że najbardziej zadowolone z niego będą posiadaczki suchej lub nawet bardzo suchej skóry, z moją, choć mieszaną w kierunku suchej (jest w ogóle coś takiego? ;)), nie współpracował prawie wcale.
 

poniedziałek, 12 sierpnia 2013

Wyszczotkuj sobie skórę...

... brzmi trochę jak wyrafinowana forma tortur, w każdym razie dla mnie tak zabrzmiało, kiedy pierwszy raz o tym przeczytałam, ale że lubię ciekawostki - skusiłam się ;-) Bezpośrednim impulsem do kupna była recenzja na blogu Balsamowo, a potem poszło już z górki - szybkie zakupy na stronie producenta - Szczotkarnia.pl -  i już
po paru dniach szczotka była u mnie.
 
Szczotka z trawy morskiej 
 
A po co taka szczotka? Szczotkowanie ciała, zarówno na sucho jak i na mokro, wspomaga oczyszczanie skóry
 z toksyn, usuwanie martwego naskórkapobudza działanie układu limfatycznego, poprawia koloryt skóry, ujędrnia ją, zapobiega wrastaniu włosków po depilacji i powstawaniu pomarańczowej skórki, a także redukuje już istniejącą. I o ile tego pierwszego nie jestem w stanie sprawdzić, to pod pozostałymi podpisuję się wszystkimi kończynami - po zabiegu szczotkowania skóra jest niesamowicie gładka, jędrna i napięta. Ostre włosie szczotki nie podrażnia skóry - choć oczywiście bezpośrednio po użyciu jest mocno zaczerwieniona, ale szybko to mija i wraz z użyciem balsamu skóra uspokaja się.  Nie czyni też krzywdy naczynkom, w każdym razie nic takiego nie zauważyłam.
 
Szczotka z trawy morskiej 

Wybrana przez mnie szczotka wykonana jest z trawy morskiej i producent poleca ją głównie do masażu na mokro.  Ja używam jej zarówno na mokro jak i na sucho - to ostatnie zdecydowanie częściej, i w obu przypadkach sprawdza się znakomicie. Z uwagi na jej twardość chwilę trwało zanim skóra się przyzwyczaiła do masażu, ale obecnie nie wyobrażam sobie domowego spa bez kilkunastominutowego seansu ze szczotką ;-) Początkowo używałam jej prawie codziennie, teraz sięgam po nią średnio dwa razy w tygodniu - i tyle wystarczy dla zachowania efektów.

Szczotka z trawy morskiej 
 
Szczotki dostępne są w dwóch rozmiarach, ja posiadam ten mniejszy i zdecydowanie był to trafny wybór, wydaje mi się, że większa byłaby dla mnie mało poręczna. Solidne wykonanie i wskazówki producenta, jak zachować szczotkę w dobrej kondycji, gwarantują jej długi żywot ;) Cena to 24 zł za małą i 27 zł za dużą, plus koszt wysyłki. Obecnie sklep ma swoje stoisko na Jarmarku Dominikańskim, byłam, oglądałam, jest w czym wybierać!
 
I co myślicie o takich wynalazkach?
 
 
 
 

piątek, 9 sierpnia 2013

W rolach głównych Chorwacja i Czarnogóra ;-)

W wielkim skrócie - duuuużo słońca ;-)  Ale też i piękne krajobrazy, ciekawa architektura, soczyste arbuzy i słodkie figi, lazurowe morze i kamieniste plaże,  zapach lawendy i serdeczni ludzie. Warto, zdecydowanie, nic dziwnego, że to najchętniej wybierana przez rodaków urlopowa destynacja.

Trasa wycieczki

Trasa, którą wybraliśmy powiodła nas wzdłuż Adriatyku, zachwycając pięknymi widokami - co chwilę wyskakiwaliśmy z samochodu na foto-stopy ;-) Wracaliśmy znacznie krótszą drogą, przez Bośnię i Hercegowinę, Węgry i Słowację, w ciągu jednego dnia.
  
Zamek Lichtenstein
 
W okolicach Wiednia obejrzeliśmy dwa zamki - Kreuzenstein i Lichtenstein, oba bardzo majestatyczne.

Predjama
 
W Słowenii mieliśmy kilka przystanków, pierwszy w aquaparku w miejscowości Ptuj - bardzo polecam, zjeżdżalnie przyprawiły mnie o zawrót głowy, rewelacja! Odwiedziliśmy też Jaskinie Szkocjańskie, przespacerowaliśmy się po Lublanie, obejrzeliśmy predjamski zamek i kilka uroczych miejscowości po drodze.

Jeziora Plitwickie

Chorwacja i Plitwickie Jeziora - chyba nie trzeba przestawiać, dość powiedzieć, że to kilkugodzinny spacer w przecudnych okolicznościach przyrody ;-). Mam nadzieję, że kiedyś go powtórzę.

Niby robal, a zachwyca

Plitwickie Jeziora

Zeljava

Częściowo wydrążone w skałach opuszczone lotnisko Zeljava to żelazny punkt na mapie Adama, pozostało tylko pogodzić się z faktem. Później, w Czarnogórze, męska część wycieczki odkryła także opuszczone stanowiska dla łodzi podwodnych, również spasowałam, choć niestety nie ominęły mnie opowieści o wielgachnych pająkach ;-)

Wodospady Krka
 
Niedaleko Plitwickich jezior jest kolejny park z wodospadami - Krka. Dużą atrakcją jest możliwość wykąpania się w pobliżu wodospadów.

Wodospady Krka

Zadar, widok z wieży kościoła

Zadar, z niesamowitymi morskimi organami, można ich słuchać godzinami. Warto wyjść na miasto wieczorem, by zobaczyć 'układ słoneczny'.  Po drodze do Dubrownika odwiedziliśmy też Trogir i Split, klimat tych miasteczek, jak zresztą wielu innych na trasie, nieustająco przywodzi na myśl Włochy, zwłaszcza jeśli ominąć wzrokiem ślady po kulach, pozostałości po niedawnym konflikcie w tym rejonie świata.

Dubrownik
 
Nie spodziewałam się, że Dubrownik jest tak cudowny!

Sympatia od pierwszego wejrzenia ;-)

Fontanna Onufrego
 
Ponoć, żeby zapewnić sobie szczęście, należy wypić wodę z wszystkich 16 kraników, co jednak w przypadku, gdy kilka z nich jest nieczynnych? ;-)

Magiczna istota

Dubrownik
 
Spacerując po mieście naprawdę trudno uwierzyć, że niewiele ponad 10 lat temu spadło tu ponad 700 bomb.  
 
Ślad po wojnie
 
Czarny koń wycieczki - nomen omen - Czarnogóra ;-) Zatrzymaliśmy się w Boce Kotorskiej i spędziliśmy tam kilka bajecznie kolorowych dni, warto! Kotor to niesamowicie klimatyczne miejsce, trochę jakby z poprzedniej epoki, czas - zwłaszcza w stosunku do sąsiedniej Chorwacji - biegnie tam wolniej, jest mniej turystów, a do zobaczenia co najmniej tyle samo wspaniałości.  

Boka Kotorska 

Uliczki Kotoru

Jeden z kilku fortów do zwiedzenia

Dach Czarnogóry - Lovćen, okolice Mauzoleum Piotra II Petrovicza-Niegosza

Jeśli będziecie w okolicy, koniecznie wjedźcie na Lovćen, jedyne czego potrzebujecie to samochód ze sprawnymi hamulcami - droga jest w świetnym stanie, a choć wąska to wyposażona w liczne zatoczki, ułatwiające mijanie innych samochodów. Ruch jest spory, ale też nic dziwnego - widok stamtąd roztacza się nieziemski, a trasa ta jest jedną z najbardziej widowiskowych w Europie.

Okolice mauzoleum

W drodze na Sveti Stefan spotkało nas dziwne zjawisko pogodowe -  ponad 30 stopni, a mimo to miasto skryło się we mgle - niesamowite wrażenie. 

Sveti Stefan we mgle

Spędziliśmy też jeden dzień w górach Durmitor - decyzja dość spontaniczna, stąd z konieczności zdobywanie szczytów musieliśmy ograniczyć do spaceru wokół Czarnego jeziora - nie byliśmy odpowiednio przygotowani na pokonywanie bardziej wymagających tras.

Czarne jezioro
 
Wspięliśmy się też - tym razem samochodem ;-) -  na nieziemskie wysokości; cel Monastyr Ostrog. Malowniczością trasa może konkurować z tą, którą pokonaliśmy w drodze na Lovcen.

Monastyr Ostrog

I kolejna niezwykle widowiskowa droga - na pożegnanie z Czarnogórą wybraliśmy trasę wzdłuż kanionu Tary -  nie da się tego opisać, to trzeba zobaczyć ;-)

Kanion Tary

Kanion Tary - w najgłębszym miejscu wąwozu

Uff, starałam się jak mogłam ograniczyć ilość zdjęć, jak widać, średnio mi to wyszło, ale mam nadzieję, że obejrzeliście z przyjemnością :)
 
 
 

 

czwartek, 8 sierpnia 2013

Planeta Organica, Tybetański Balsam do włosów

Nie mam dużych wymagań wobec odżywek do włosów - w zupełności zadowala mnie, jeśli dodają włosom blasku, ułatwiają rozczesywanie i poprawiają ogólną kondycję, a kiedy dodatkowo zwiększają ich objętość, to już w ogóle jestem zachwycona ;) Wszystko to robi  Tybetański balsam do włosów rosyjskiej marki Planeta Organica, i gdyby nie to, że przede mną jeszcze całe morze odżywek do wypróbowania,
 ślubowałabym mu wieczne miejsce na półce w łazience.
 
Planeta Organica, Tybetański Balsam do włosów
 
W odżywce zawarto ekstrakty  9 himalajskich ziół, które mają  pozytywny wpływ na objętość jak i gęstość włosów oraz wzmacniają cienkie i łamliwe włosy. Organiczny olej Białego Imbiru intensywnie odżywia włosy oraz skórę głowy, ekstrakt Nieśmiertelnika dzięki zawartości karotenu oraz witamin C i D koi i łagodzi podrażnienia, ma także działanie przeciwzapalne i antybakteryjne. Aktywne składniki zawarte w tybetańskich ziołach stymulują wzrost włosów, regenerują je, odżywiają i nawilżają.

Planeta Organica, Tybetański Balsam do włosów
 
O łagodzących właściwościach balsamu niewiele mogę napisać, właściwie nic, szczęściem mój skalp jest w dobrej kondycji i bez podrażnień. Odżywka ułatwia rozczesywanie włosów, sprawia, że są bardziej 'sypkie' i nie plączą się. Wygładza je i nabłyszcza, a dzięki lekkiej formule nie obciąża ich, nawet gdy poszalejemy z ilością nałożonego kosmetyku - włosy są odbite od nasady głowy, dzięki czemu wizualnie czupryna wydaje się być gęściejsza.

Trochę obawiałam się zapachu, miks ziół i orientu nie należy do moich ulubionych, ale w tym przypadku jest zupełnie znośny i przede wszystkim delikatny.
 
Planeta Organica, Tybetański Balsam do włosów
 
Gdybym miała się do czegoś przyczepić, to do dość rzadkiej konsystencji, bywa że kosmetyk ścieka z palców, ale nie jest to nic nie do opanowania. Opakowanie jest stabilne, wyposażone w pompkę, znów niezbyt dla mnie trafne rozwiązanie, wolę miękkie tuby do wyciskania, ale pompka działa sprawnie, choć oszczędnie  - dopiero kilkurazowe naciśnięcie dozuje tyle kosmetyku, ile potrzebuję, aby pokryć całe włosy. Cena? Ok. 18 zł za 280 ml, moim zdaniem bardzo przyzwoita, choć nie omieszkam dodać, że u źródeł sporo taniej.
 
 

poniedziałek, 5 sierpnia 2013

Chanelowskie inspiracje Catrice

Dzisiaj moje wrażenia z pierwszego spotkania z Catrice - jakoś nigdy wcześniej nie skusiłam się na lakiery tej marki  i, prawdę mówiąc, nie skusiłam się i teraz ;-), a lakiery przetestowałam korzystając z uprzejmości koleżanki. Dzięki temu już wiem, że to był błąd i spore niedopatrzenie - wierzcie mi, naprawdę warto je mieć. Wypróbowałam dwa nudziaki,   z serii Ulti Mate Nudes; uroczo brzmiące nazwy - 01 Karl Says Tres Chic i 02 Don't Tell Mademoiselle! idealnie oddają charakter lakierów - kolory są stonowane i eleganckie, z iście chanelowskim sznytem. 
 
Catrice, Ulti Mate Nudes, 01 Karl Says Tres Chic i 02 Don't Tell Mademoiselle!

Zgrabne buteleczki zaopatrzone w szeroki pędzelek zdecydowanie ułatwiają malowanie. Lakiery dobrze kryją już po dwóch warstwach, choć w przypadku odcienia Don't Tell Mademoiselle! efekt najbardziej podoba mi się po trzech  i tyle też jest na zdjęciach.  Odcień Karl Says Tres chic jest lepiej napigmentowany i dwie warstwy wystarczają w zupełności.

Catrice, Ulti Mate Nudes, 01 Karl Says Tres Chic

01 Karl Says Tres Chic to piękny odcień brudnego różu, do złudzenia podobny do Kiko, 375. Maluje się nim świetnie, nie robi smug, nie zostawia prześwitów, ideał.

Catrice, Ulti Mate Nudes, 02 Don't Tell Mademoiselle!

02 Don't Tell Mademoiselle! to zachwycający pastelowy beż i aż przebieram nogami w nadziei, że uda mi się go jeszcze dopaść w jakiejś Naturze (lakiery są częścią wiosennej kolekcji). Niestety malowanie nim wymaga nieco cierpliwości, zdarzają się smugi i dla uzyskania satysfakcjonująco równego efektu trzeba się trochę pobawić.

Catrice, Ulti Mate Nudes, 01 Karl Says Tres Chic i 02 Don't Tell Mademoiselle!

Catrice, Ulti Mate Nudes, 01 Karl Says Tres Chic i 02 Don't Tell Mademoiselle!

Catrice, Ulti Mate Nudes, 01 Karl Says Tres Chic i 02 Don't Tell Mademoiselle!

Catrice, Ulti Mate Nudes, 01 Karl Says Tres Chic i 02 Don't Tell Mademoiselle!

Lakiery są dość trwałe, przy niskim natężeniu prac domowych (odpada zatem pestkowanie wiśni :p) wytrzymują do kilku dni,  mogłoby być lepiej, ale przy tak urzekających kolorach - wybaczam. Minusem jest dla mnie dostępność, bodaj wyłącznie Natura? Poprawcie mnie jeśli się mylę, ale nie widziałam standów Catrice w innych drogeriach.

Znacie, lubicie? A może polecacie inne kolory Catrice?