czwartek, 27 czerwca 2013

Eucerin, AQUAporin Active

Kremy nawilżające zdecydowanie wiodą prym w mojej pielęgnacji, zawsze mam przynajmniej jeden otwarty, a najczęściej bywa ich nieco więcej ;) Moja skóra jest kapryśna i, mimo tego, że wypijam hektolitry wody dziennie, potrafi odwdzięczyć się przesuszeniami i niemiłym uczuciem ściągnięcia, muszę więc wspomagać ją od zewnątrz. Latem, kiedy najchętniej sięgam po lekkie i mniej tłuste kremy, mój wybór to Eucerin, AQUAporin Active.  

Eucerin, AQUAporin Active
 
Linia AQUAporin  została stworzona z myślą o długotrwałym nawilżeniu oraz ochronie suchej i wrażliwej skóry przed utratą wilgoci. AQUAporin Active zawiera naturalnie występujący w skórze Gluco-Glycerol, który stymuluje tworzenie sieci akwaporyn, uczestniczących w procesie transportu wody w komórkach. Jakkolwiek kosmicznie to brzmi, krem jest skuteczny ;) Ma przyjemną konsystencję lekkiej śmietanki, dzięki czemu łatwo się rozsmarowuje i szybko wchłania, pozostawiając skórę miękką i gładką. Nie zapycha porów, dobrze współpracuje z makijażem i jest bezzapachowy.
Z uwagi na lekką formułę sięgam po niego najczęściej rano i muszę przyznać, że całkiem nieźle sobie radzi z utrzymaniem skóry w przyzwoitej kondycji.

Eucerin, AQUAporin Active
 
Opakowanie ma pojemność 40 ml; praktyczny design sprawia, że można je postawić w pozycji pionowej, dzięki czemu łatwiej zużyć krem do końca. Formuła kremu sprawia, że jest bardzo wydajny, a cena - ok. 40 zł do przyjęcia. Polecam, jest naprawdę niezawodny - kończę drugą tubkę i tylko ciekawość popycha mnie do testowania innych specyfików :)

Znacie produkty marki Eucerin, polecacie jakiś szczególnie?

poniedziałek, 24 czerwca 2013

Essie, Bond with whomever

Fiolet rzadko gości na moich paznokciach, u innych ten kolor podoba mi się znacznie bardziej. Wyjątkiem jest Essie, Bond with whomever, który zachwycił mnie zarówno kolorem, łatwością malowania, jak i niesamowitą trwałością - bez problemu wytrzymuje na paznokciach ponad tydzień!
 
Essie, Bond with whomever
Essie, Bond with whomever

 Bond with whomever to dla mnie fiolet krokusów, w bardzo wiosennym klimacie ;)  Posiadam wersję z szerokim pędzelkiem, dzięki któremu malowanie przebiega bardzo sprawnie. Już jedna warstwa lakieru kryje całkiem nieźle, ale po dwóch kolor podoba mi się najbardziej.
 
Essie, Bond with whomever
 
Na zdjęciach w duecie  z First Kiss Sally Hansen. 


Essie, Bond with whomever
Essie, Bond with whomever

 I jak Wam się podoba? A może macie swoje własne typy wśród fioletowych lakierów? ;)
 

 

czwartek, 20 czerwca 2013

Organiczny Energetyzujący Peeling Do Twarzy - cuda cuda od Love Me Green ;-)

Jeszcze zanim trafił w moje ręce wiedziałam, że ma spore szanse, by stać się ulubieńcem,
a wszystko za sprawą obietnicy zapachu.  Organiczny Energetyzujący Peeling Do Twarzy od Love Me Green to połączenie olejku z ekologicznych pomarańczy (ommm nomm nommm! mogłabym się nim wysmarować od stóp do głów, z szczególnym uwzględnieniem okolic nosa :D) z pudrem z ziaren arganu.
 
Love Me Green, Organiczny Energetyzujący Peeling Do Twarzy
 
 Przed kosmetykiem postawiono nie lada zadania, ma nie tylko usuwać martwe komórki, ale także pomagać w walce z zanieczyszczeniami, stymulować procesy regeneracji skóry i ulepszać jej koloryt oraz eliminować nadmierne wydzielanie sebum. Dodatkowo ma poprawiać nawilżenie skóry i zabezpieczać ją przed oznakami starzenia.
   
Love Me Green, Organiczny Energetyzujący Peeling Do Twarzy

Kosmetyk ma rzadką konsystencję, przez co trzeba się trochę postarać, aby zawartość palców przenieść na twarz. Jest to pewna niedogodność, ale nic z czym nie można by sobie poradzić. Ziarna arganu są bardzo drobno zmielone, dzięki czemu nawet najbardziej wrażliwej skórze krzywdy nie zrobią. Dla mnie peeling jest nieco za delikatny, ale poradziłam sobie z tym dosypując do niego każdorazowo odrobinę zmielonych pestek malin, tym samym znikł również problem ze zbyt rzadką konsystencją. Tyle wad. Potem są już tylko zalety - masaż twarzy przy użyciu Organicznego Energetyzującego Peelingu to prawdziwa przyjemność, tym bardziej, że zapach olejku pomarańczowego towarzyszy nam nie tylko przez cały czas trwania zabiegu, ale utrzymuje się na skórze także jeszcze jakiś czas po jego zakończeniu.

Love Me Green, Organiczny Energetyzujący Peeling Do Twarzy

 Efekty? Zachwycające! Skóra jest wygładzona, promienna, miękka i niesamowicie miła w dotyku. Kolejna niespodzianka to ujednolicony koloryt, tym bardziej, im częściej sięgamy po peeling (ja używam go prawie codziennie, tak bardzo przypadł mi do gustu). Również obietnica nawilżenia nie została bez pokrycia, to jeden z nielicznych peelingów, po użyciu którego nie odczuwam potrzeby nałożenia kremu.  
 
Kwestią dyskusyjną może być cena - za 75 ml produktu przyjdzie nam zapłacić blisko 50 zł plus koszty przesyłki, bo niestety kosmetyki Love Me Green nie są dostępne stacjonarnie, a jedynie na stronie producenta. Moim zdaniem warto, zwłaszcza jeśli weźmiemy pod uwagę, że produkty Love Me Green są wolne od parabenów, silikonów, pochodnych olei mineralnych z przemysłu petrochemicznego i tym podobnych szkodliwych składników. Dodatkową pokusą jest zapach - idea stworzenia marki Love Me Green zrodziła się na Kostaryce i wierzcie mi, wąchając ich produkty łatwo można się tam przenieść ;-)
 
Miałyście już do czynienia z kosmetykami Love Me Green?
 
 
 

środa, 19 czerwca 2013

Astor, Soft Sensation Lipcolor Butter - Va Va Voum

Szminki w kredce to ciekawa i coraz bardziej popularna alternatywa dla tradycyjnych pomadek i sądząc po drogeryjnych półkach, coraz więcej firm kosmetycznych chce nas do nich przekonać. Ostatnio w moje ręce wpadła kredka Soft Sensation Lipcolor Butter, marki Astor, która, jeśli wierzyć reklamowym opisom, stanowi połączenie pięknego i trwałego koloru szminki, nawilżających właściwości balsamu, blasku błyszczyka i precyzji lip linera.
Brzmi kusząco, prawda? ;)
  
Astor, Soft Sensation Lipcolor Butter, Va Va Voum

Mimo opakowania sugerującego kredkę, szminka tak naprawdę niewiele różni się od tych tradycyjnych - nie musimy na szczęście jej temperować, a jedynie wysunąć ukośnie ścięty wkład. Opakowanie jest urocze, choć nieco wprowadza nas w błąd - wkład jest znacznie krótszy niż mogłoby się wydawać patrząc na długość kredki ;) Ale ponieważ niewiele pomadek w życiu udało mi się wykończyć,  nie narzekam.
  
Astor, Soft Sensation Lipcolor Butter, Va Va Voum

Wybrany przeze mnie odcień Va Va Voum to piękna neutralna czerwień, pasująca zarówno do ciepłych jak i chłodnych typów urody. Niesamowicie mi się podoba, choć na co dzień raczej rzadko sięgam po tego typu kolory. Pigmentacja jest świetna, kolor można stopniować i w zależności od upodobań osiągniemy lekki i prawie transparentny poblask koloru bądź mocno nasyconą czerwień.  Konsystencja kredki jest w sam raz, ani zbyt twarda, ani zbyt miękka, na pewno nie straszne jej będą letnie upały, nie stopi się ani nie odkształci.
 
Astor, Soft Sensation Lipcolor Butter, Va Va Voum - swatch na dłoni
 
Kredka nieźle nawilża usta i tym samym nie podkreśla suchych skórek. Efekt wizualny jest bardzo ładny i w stylu tak bardzo lubianych przeze mnie żelowych pomadek - lekki i jakby mokry, w sam raz na lato! Jeśli dodamy do tego przyjemny słodkawy i przywodzący na myśl ciasteczka zapach, ręka aż sama rwie się, by po nią sięgnąć ;) Tym bardziej, że ponowna aplikacja będzie raczej niezbędna, trwałość kredki można określić jako co najwyżej przeciętną, dość szybko ściera się z ust, a jeśli zamierzamy coś jeść lub pić, to najlepiej w ogóle ją sobie odpuśćmy.  Z drugiej strony jest na tyle łatwa w obsłudze, że można zaryzykować poprawki bez lusterka :)

Astor, Soft Sensation Lipcolor Butter, Va Va Voum - na ustach
 
Cena kredki to ok 25 zł i nie ukrywam, mam ochotę na jeszcze jeden czy dwa odcienie (do wyboru jest 8 kolorów), ale raczej poczekam na promocje ;-)
 
 
ps. chodzą słuchy, że  Soft Sensation Lipcolor Butter jakością nie ustępuje słynnym Chubby Stick od Clinique, jeśli macie swoje zdanie w tej kwestii, dajcie znać :)
 
 

wtorek, 18 czerwca 2013

Maska Algi i Błoto z Morza Martwego, Organic Shop

Błotna maska rosyjskiej firmy Organic Shop, Organic Algae & Mud to prawdziwy koktajl doborowych składników o zbawiennych właściwościach dla skóry.  Organiczny ekstrakt z alg morskich i morszczynu, bogate w minerały błoto z Morza Martwego, morskie minerały i olej migdałowy nie tylko odżywiają i nawilżają, ale także ściągają pory, zostawiając skórę gładką i napiętą. Bezpośrednio po aplikacji twarz jest delikatnie rozjaśniona i efekt ten utrzymuje się jeszcze przez jakiś czas.  Kosmetyk jest wolny od SLS, parabenów i silikonów.
  
 
Organic Shop, Maska do twarzy Algi i Błoto z Morza Martwego
 
Maska ma przyjemną formę niezbyt gęstej, miękkiej pasty, lekko zielonkawą barwę i przyjemny zapach. Nie zasycha zbyt szybko, dzięki czemu możemy trzymać ją na skórze dowolną ilość czasu, u mnie często trwa to dłużej niż zalecane przez producenta 10 minut. Po zmyciu uzyskujemy gładką napiętą skórę o przyjemnym kolorycie - maska świetnie przygotowuje skórę do makijażu. W widoczny sposób przyspiesza także gojenie się drobnych wyprysków
 

Organic Shop, Maska do twarzy Algi i Błoto z Morza Martwego

Opakowanie praktyczne - miękka tuba, z której bez problemu wydobędziemy kosmetyk do końca. Ogromnym plusem jest dla mnie także i to, że ujście tubki zabezpieczone jest folią, dzięki czemu wiemy, że nikt przed nami się do maski nie dobierał ;) Jest całkiem wydajna, przy stosowaniu tylko na twarz pojemność 75 ml wystarczy na co najmniej kilkanaście aplikacji. Zdecydowanie warto ją mieć, tym bardziej, że cena niewysoka - od ok. 10 do 14 zł.
A w Petersburgu kupiłam ją za mniej niż 5, co wybitnie zwiększa moją miłość do niej ;-)
  
 
 
Skład: Aqua with infusion of Organic Laminaria Digitata Extract, Cetearyl Alcohol, Dead Sea Black Mud, Stearic Acid, Glyceryl Stearate, Glycerin, Prunus Amygdalus Oil, Fucus Vesi- culosus Extr., Tocopheryl Acetate, Magnesium Aspartate, Zinc Gluconate, Copper Gluconate, Benzyl Alcohol, Benzoic Acid, Sorbic Acid, Sodium, Hydroxide, Parfum.
 
 
 

poniedziałek, 17 czerwca 2013

Urodzinowy konkurs ;-)

Kochani! Całkiem niedawno mój blog skończył rok i przyznaję - trochę przegapiłam tę datę, ale... ponieważ jest mi barrrdzo miło, że odwiedzacie mój blog i czytacie to, co wymodzę, chciałam Was serdecznie zaprosić na mały konkurs :))  Aby wziąć w nim udział wystarczy być obserwatorem bloga, odpowiedzieć na pytanie 'jakie jest Twoje ulubione miasto i dlaczego' i podać swój e-mail.
 
Nagrodę możecie zobaczyć na zdjęciu:

roczek ;-)

  
a w jej skład wchodzą kolejno:
 
- Organic Shop, Organic Raspberry & Sugar Body Polish;
- Serum z serii Receptury Babuszki Agafii, Przedłużenie młodości 35-50 lat;
- Baikal Herbals, Delikatna pianka do mycia twarzy do wszystkich rodzajów cer;
- Baikal Herbals, Balsam wzmacniający, przeciw wypadaniu włosów;
 
i żeby nie było zbyt rosyjsko:
 
- Alverde, Masło do ciała z olejem makadamia i masłem shea do skóry suchej;
- Essie, lakier do paznokci w odcieniu Muchi, Muchi.
 
Wszystkie kosmetyki są nowe i zostały kupione przeze mnie. Konkurs potrwa do 10.07.2013 włącznie, a zwycięzcę wybiorę drogą losowania. Nagrodę wysyłam wyłącznie na polski adres.
 
 
Odpowiedzi zostawiajcie proszę w komentarzach, w poniżej podanej formie:
 
- obserwuję bloga jako:
- moje ulubione miasto to (i dlaczego):
- mój e-mail:
 
 
Zapraszam do zabawy. Jestem ogromnie ciekawa Waszych odpowiedzi! :)
 
 
 

piątek, 14 czerwca 2013

Miasto cara Piotra

Petersburg  zrodzony z marzeń cara Piotra  Wielkiego o zbliżeniu Wschodu do Zachodu,  na podobieństwo Amsterdamu i Wenecji skupiony nad brzegami kanałów i rzek, do dziś  stanowi świadectwo potęgi Imperium Rosyjskiego.  Jego krótka, bo niewiele ponad 300-letnia historia obfitowała w znaczące wydarzenia -  tylko w dwudziestym wieku gród przeżył trzy zmiany nazwy, trzy rewolucje i prawie 900-dniową blokadę. Majestatyczne pałace, piękne mosty, Newski Prospekt - ulica, wzdłuż której spacer nigdy się nie nudzi i Ermitaż - największe chyba muzeum świata (obliczono, że gdyby chcieć obejrzeć każdy z blisko 3 mln eksponatów, przeznaczając na jeden minutę, 10 godzin dziennie, to obejrzenie wszystkich zajęłoby 15 lat!), wszystko to tworzy zasłużoną sławę jednego z najpiękniejszych miast Europy.  Dom znaleźli tu m.in. Fiodor Dostojewski, Aleksander Puszkin, Anna Achmatowa, Mikołaj Gogol czy Dymitr Szostakowicz. Niektóre z nich do dziś można zobaczyć, a nawet zwiedzać. Tyle poezji...

Cerkiew Spasa-na-Krowi, wybudowana w miejscu, gdzie zabito cara Aleksandra II
 i jedna z nielicznych petersburskich cerkwi w rosyjskim stylu.

Kolumna Aleksandra i gmach Sztabu Generalnego, plac Pałacowy.

Jedna z wielu fontann w Ogrodzie Letnim. Przez stulecia ogród był miejscem spotkań arystokracji
i dopiero Mikołaj I otworzył go dla 'należycie odzianych członków społeczeństwa' ;-)
 
Sobór Św. Izaaka, jedna z największych katedr świata. Aby ją wybudować, w bagnisty grunt
wbito tysiące pali mogących utrzymać ciężar 300 000 ton.

... a z informacji praktycznych dodam, że do Petersburga najłatwiej dolecieć liniami LOT z Warszawy. Należy mieć ze sobą wizę, którą bez problemu można uzyskać m.in. za pomocą agencji turystycznych. Koszt jednej wizy, wraz z ubezpieczeniem, to ok. 400 zł. Czas oczekiwania - ok. 5 dni.

Sobór Kazański, chyba najbardziej majestatyczna świątynia Petersburga.

 
Monastyr Smolny, przepiękny zespół klasztorny - do wykonania samej makiety architekt potrzebował aż 7 lat!
 
Sobór św. Mikołaja, poświęcony patronowi żeglarzy i przez to zwany także 'cerkwią marynarzy'.
 
Budząca u mnie nieodmiennie skojarzenia z torcikiem bezowym
Cerkiew Czesmeńska.

Ponieważ Petersburg jest jednym z najczęściej odwiedzanych europejskich miast warto wcześniej zatroszczyć się o nocleg;  my dwie noce spędziliśmy w hotelu blisko centrum (tradycyjnie już skorzystaliśmy z serwisu booking.com), na pozostały okres wynajęliśmy mieszkanie na Wyspie Wasilewskiej, blisko metra. Komunikacja miejska jest stosunkowo tania, pojedynczy przejazd kosztował nas w granicach 3 złotych, oprócz metra w mieście kursuje sporo autobusów (także późno w nocy!) i marszrutek. Popularne w Rosji są również tzw. czastniki, a więc zatrzymywanie prywatnych samochodów, których kierowcy za drobną opłatą oferują przejazd. A skoro o komunikacji mowa, warto przyjrzeć się petersburskiemu metro, które jest jednym z najgłębiej położonych na świecie (najgłębsza stacja znajduje się na głębokości prawie 90 metrów!). Według zamysłu Stalina stacje metra miały pełnić role 'pałaców dla ludu', dzięki czemu niektóre z nich są niezwykle dekoracyjne. Projektowali je najlepsi rosyjscy architekci, a przy ich budowie zużyto tysiące ton marmuru, granitu i wapienia - widać to zwłaszcza na stacji Awtowo.
 
Peterhof, oszałamiający symbol carskich aspiracji ;) Przed pałacem Wielka Kaskada,
kompleks 64 fontann i 142 wodotrysków, którym towarzyszy 37 złoconych posągów z brązu.
 
Od czasów carskich kreacje się nieco uprościły ;-)

Teren rezydencji to trzy parki o łącznej powierzchni ok. 600 hektarów, z licznymi budynkami,
 rzeźbami, fontannami, altanami i pergolami.
 
Fontanna Słońce - z jej złoconych tarcz wystrzeliwują 72 strumienie wodne na kształt promieni słonecznych.
 
Peterhof i jego pełne kwiatów ogrody.
 
Fontanna Adama, powstała na zamówienie Piotra I, miała wyobrażać raj na ziemi, stworzony przez cara w Peterhofie.
 
Koszt utrzymania w Petersburgu do najniższych nie należy, ceny produktów spożywczych są mniej więcej dwa - trzy razy wyższe niż w Polsce, podobnie jest z alkoholem. Ponadto tego ostatniego nie kupicie w sklepach w godzinach między 23 a 8 rano. Za to kosmetyki są wyraźnie tańsze ;-)) Ceny biletów wstępu w zależności do obiektu wynoszą od ok. 25 do 65 zł za osobę. Obywateli Federacji Rosyjskiej obowiązują niższe ceny,  więc jeśli mówicie po rosyjsku możecie liczyć na zniżki, w przeciwnym wypadku zapłacicie jak innostrańcy ;)
  
Prawie jak Wenecja ;-) Główny kanał Newy w popołudniowym słońcu.

Kunstkamera - pierwsze petersburskie muzeum. Pior I umieścił tu osobliwą kolekcję ponad 2000 preparatów
anatomicznych z wrodzonymi deformacjami. Do jej oglądania zachęcał darmowymi kieliszkami wódki lub wina.

Słynny Krążownik Aurora, z którego 25 października 1917 roku dano sygnał do szturmu na Pałac Zimowy.

Piter żyje nocą! Od połowy maja zaczynają się białe noce (no powiedzmy, w maju są jeszcze szarawe ;)) i po północy tłumy na ulicach w ogóle nie tracą na liczebności, ba! momentami wydaje się, że ludzi jest jeszcze więcej. Warto wybrać się na nocny spektakl podnoszenia mostów ;-) W okresie od kwietnia do listopada, kiedy rusza żegluga po Newie, wszystkie największe mosty są podnoszone w godzinach między 2 a 5 nad ranem, tak by duże barki mogły przepłynąć. Samochody wyraźnie przyspieszają (a przecież i tak wolno nie jeżdżą!), byle tylko przedostać się na drugą stronę, na brzegach Newy ustawiają się tłumy gapiów, a po  rzece przepływają dziesiątki statków z turystami na pokładzie.
 
Carskie Sioło, z repliką Bursztynowej Komnaty w środku.

Fasadę o długości 300 metrów zdobią strojne atlanty, kolumny, pilastry i dekoracyjnie obramowane okna.

W tym barokowym Ermitażu carowa Elżbieta podejmowała swoich gości.
 
Choć w samym Petersburgu interesujących miejsc jest aż nadto, warto wybrać się do położonych poza miastem carskich pałaców. Mocno zniszczone podczas wojny, obecnie cieszą oko odrestaurowanymi fasadami i wnętrzami, a przede wszystkim - rozległymi i pięknie utrzymanymi ogrodami.
 
Pomnik Zwycięstwa upamiętnia obrońców Leningradu w czasie oblężenia miasta.

Petersburg liczy ok. 4 mln mieszkańców, co roku odwiedzany jest przez ponad 5 mln turystów i według UNESCO jest ósmym najbardziej atrakcyjnym turystycznie miastem na świecie.  
 
To oczywiście mały skrawek tego, czym zachwyca i czaruje Sankt Petersburg :) Jeśli macie jakieś pytania, chętnie odpowiem (choć części z Was już odpowiedziałam drogą mailową :), a tymczasem gorąco Wam polecam to niezwykle fascynujące miasto
 
 
 
 

środa, 12 czerwca 2013

Sally Hansen, Rajstopy w sprayu :))

Od paru lat moi nieodłączni towarzysze słonecznych dni, dzięki którym nie muszę katować się słońcem (taaak, leżenie plackiem na plaży nie leży mi), by móc zaprezentować pięknie opalone nogi ;) Pomijam już praktyczną kwestię ujednolicenia koloru skóry ciała, bo, nie wiedzieć czemu, moje ramiona brązowieją błyskawicznie, podczas gdy nogi długo jeszcze straszą bielą. Nie muszę też sięgać po samoopalacz, choć akurat to nie jest dla mnie problem, bo znam jeden czy dwa produkty, które w tym temacie zupełnie mnie zadowalają. Ale nie o tym dziś mowa, a o Rajstopach w sprayu, Sally Hansen. Miałyście już do czynienia z tym wynalazkiem? Jeśli nie, to gorąco zachęcam, jest świetny! 

Sally Hansen, Airbrush Legs, wiekowy już Light Glow i nowa odsłona Tan Glow

Rajstopy w sprayu to nic innego, jak podkład we fluidzie opracowany z myślą o nogach :) Ma lekką formułę, niezłe krycie i przede wszystkim świetną trwałość, nałożony w odpowiedni sposób przetrwa nawet spacery po wodzie (trudno go zresztą usunąć samą wodą, należy użyć mydła). Pokryte fluidem nogi są jednolite w kolorze i optycznie szczuplejsze. Produkt dostępny w czterech odcieniach: jasny, naturalny, jasny brąz i ciemny brąz.  Ja posiadam dwie wersje rajstop, starszą odsłonę w kolorze Light Glow i nowszą - Tan Glow. Są między nimi drobne różnice: lekko zmieniona została szata graficzna, ponadto starsza wersja była wzbogacona w zmniejszającą ryzyko występowania  żylaków, siniaków i blizn Witaminę K, w nowszej nie ma o tym ani słowa, trochę różnią się też składem.   

Sally Hansen, Airbrush Legs, Light Glow i Tan Glow
 (nasycenie koloru można stopniować, tu grubsza warstwa, celem zobrazowania koloru)

Jak to wygląda w praktyce? Producent zaleca, by skórę nóg spryskać sprayem, ale moim zdaniem to niezbyt trafiony pomysł, choćby ze względu na brak możliwości równomiernego rozprowadzenia fluidu na skórze, nadmierne zużycie produktu i wreszcie bałagan jaki przy tym powstanie. Ja radzę sobie zupełnie inaczej i z doświadczenia mogę napisać, że skutecznie ;) Pierwszym krokiem jest przygotowanie skóry, aplikuję lekki balsam i czekam, aż się wchłonie. Najlepiej, by balsam nie zostawiał żadnego filmu na skórze, bo niestety znacząco wpływa to na zmniejszenie trwałości rajstop. Spryskuję fluidem dłonie i równomiernie rozprowadzam go na skórze nóg, tak, by nie było smug. Kolor można stopniować, im więcej produktu użyjemy, tym efekt będzie mocniejszy. Następnie czekam, aż kosmetyk wyschnie, zwykle trwa to parę minut i gotowe ;)
 
Sally Hansen, Airbrush Legs, Light Glow i Tan Glow
 
Kolory, które posiadam, różnią się nie tylko odcieniem, ale także efektem końcowym - Light Glow wizualnie zmienia nieco strukturę skóry, tak że do złudzenia przypomina ona rajstopy, natomiast Tan Glow jest bardziej naturalny i wygląda po prostu jak opalona skóra. Rajstopy są trwałe, w trakcie noszenia nie tworzą się smugi, no chyba, że będziemy mocno pocierały skórę. Teoretycznie nie brudzą ubrań, w praktyce dopasowane ubrania po kontakcie z pomalowaną skórą są od spodu zabrudzone, na szczęście spiera się to bez problemu. Nie zawsze natomiast spiorą się plamy po bezpośrednim spryskaniu materiału fluidem :/
 
Komu polecam? Wszystkim tym, którzy jak ja nie lubią się opalać, a jednocześnie lubią mieć opaloną skórę ;). Przyda się także do zatuszowania drobnych przebarwień, żyłek, siniaków, choć  produkt raczej nie zamaskuje ich zupełnie, ale na pewno zmniejszy ich widoczność.

Kosmetyk dostępny jest w sieciach Rossmann, SuperPharm i na Allegro, w cenach od ok. 20 do 50 zł za opakowanie o pojemności 75 g - mimo małej gramatury jest bardzo wydajny.
 
 

sobota, 8 czerwca 2013

Bazylia i limonka pod prysznicem ;-)

Kolejna rzecz, którą, przyznaję bez bicia, kupiłam skuszona dekoracyjnym opakowaniem. Ale... mmmm warto było!

Octagon Investment Holdings, Champs de Provence, Lime & Basil

Pomijając niepotrzebnie udziwnione zamykanie na wzór butelki wina, żel ma same zalety, a największą z nich jest zapach ;) Nie sądziłam, że połączenie limonki z bazylią da tak obłędnie aromatyczny efekt, ale słowo daję, gdybym odkryła takie perfumy, od razu bym je kupiła! A póki co zostaje mi prysznic ;p
 
Octagon Investment Holdings, Champs de Provence,
 Lime & Basil

Spodziewałam się, że otwieranie żelu będzie nie lada trudnością, ale okazuje się, że wystarczy raz delikatnie podważyć korek, by potem już z łatwością wyciągać go z szyjki opakowania. Wolałabym wprawdzie bardziej tradycyjne rozwiązanie, ale rozumiem zamysł estetyczny producenta ;) Sam żel ma delikatnie zielonkawą barwę, dość rzadką, leistą konsystencję i wspomniany już fantastyczny zapach. Co ciekawe, utrzymuje się on jeszcze przez jakiś czas na skórze, ku ekstazie mojego zmysłu powonienia ;). Pieni się dobrze, nie wysusza, ale też nie nawilża, ot dobry myjak. Swój egzemplarz kupiłam w Piotrze i Pawle, ale widziałam je także w Naturze i po kolejny na pewno się tam wybiorę, tym bardziej, że kuszą mnie kolejne kosmetyki z tej linii :) Cena za 500 ml to ok. 25 zł. Polecam gorąco, choćby dla zapachu!
 
 
 

piątek, 7 czerwca 2013

Essence, London calling, mini lipgloss set

Trio mini błyszczyków w uroczym lakierowanym kartoniku wpadło mi w oko podczas ostatniej wizyty w Naturze. A skoro w oko to i w koszyk, bo jak tu oprzeć się słodziakom ;-)
 
Essence, 04 London calling, mini lipgloss set
 
Set dostępny jest w kilku sezonowo zmieniających się wariantach kolorystycznych, ja skusiłam się na London Calling w delikatnych i neutralnych kolorach.

Essence, 04 London calling, mini lipgloss set
 
Błyszczyki są malutkie, ich pojemność to zaledwie 2 ml, co niesie nadzieję, że kiedyś się skończą ;). Aplikatory mało wymyślne, ot zwykła gąbeczka na krótkim trzonku, całość praktyczna i dość wygodna.

Essence, 04 London calling, mini lipgloss set
 
 Maluchy ładnie pachną, powiedziałabym - landrynkami :) Słodko, ale nienachalnie.

Essence, 04 London calling, mini lipgloss set
 
Kolory? Najjaśniejszy zawiera iskierki migoczącego brokatu, a sam w sobie jedynie rozświetla usta. Pozostałe dwa kolory są do siebie dość podobne, na ustach różnica jest taka, że ten środkowy jest bardziej mleczny. Trwałość przeciętna, lepkość standardowa, ot błyszczyki jakich wiele, tyle, że w fajnym opakowaniu i cenie - za całość zapłaciłam ok. 9 zł.
 
 
 

czwartek, 6 czerwca 2013

Decubal, Lips & Dry Spots Balm

Balsam do ust i miejscowo popękanej wysuszonej skóry Lips & Dry Spots Balm to kolejna propozycja marki Decubal, o której chciałabym napisać Wam parę słów. Przeznaczony jest do intensywnej regeneracji spierzchniętych i popękanych ust, a także pielęgnacji suchej łuszczącej się i miejscowo zmienionej skóry - zawartość wazeliny, lanoliny, wosku pszczelego, witaminy E i oleju rycynowego  wpływa kojąco na podrażniony naskórek, przyspieszając jego regenerację.
 
Decubal, Lips & Dry Spots Balm

Podobnie jak pozostałe produkty marki Decubal, również i ten pozbawiony jest konserwantów jak i zapachu (z tym ostatnim bywa różnie, ja wyczuwam delikatną i nieco apteczną woń). Konsystencją zbliżony jest do wazeliny, może jedynie ciut twardszy, ale nic w tym dziwnego, obecność substancji lipidowych w balsamie to aż 99%
 
Jeśli chodzi o działanie, w roli balsamu do ust produkt średnio się u mnie sprawdził, nawet nie dlatego, że jest zły, bo absolutnie taki nie jest, ale po prostu wolę balsam w słoiczku Tisane i właśnie po niego sięgam, kiedy mam popękane i wysuszone usta. Rewelacyjnie za to przysłużył mi się, gdy miałam podrażniony od kataru nos i jego okolice, szybko ukoił zaczerwienioną skórę i znacząco przyczynił się do jej regeneracji. Co ważne, można go nakładać bezpośrednio na zaognione miejsca bez uczucia pieczenia.

Decubal, Lips & Dry Spots Balm
 
Opakowanie wykonano z niezbyt miękkiej tuby, co w połączeniu z gęstą formą balsamu sprawia, że możemy natknąć się na trudności z wydobyciem kosmetyku, tym większe, im bardziej zbliża się ku końcowi. Pojemność opakowania to 30 ml, moim zdaniem bardzo dużo jak na skromne wielkości ust czy nawet nosa, niemniej producent podpowiada, by balsam nakładać na wszelkie wysuszone, łuszczące się i podrażnione miejsca. Podsumowując - fajna rzecz, zwłaszcza na chłodniejsze dni :)