wtorek, 24 grudnia 2013

Orly, Smolder

Ulubieniec ostatnich tygodni - Orly, Smolder rewelacyjnie wpisuje się w klimat choinki, bombek, reniferów, gwiazdek i innych świecidełek ;) Obok niewątpliwej zalety jaką jest jego barwa - piękna, niesamowicie głęboka burgundowa czerwień, lakier cechuje także rewelacyjna trwałość, łatwość aplikacji (wygodny szeroki pędzelek!) i perfekcyjne krycie już przy pierwszej warstwie. Ideał, skradł moje serce, precz poszły wszystkie pastele, święta należą do Smolder! 
 







 
Na zdjęciach w duecie z Orly, Halo, w obu przypadkach jest to miłość od pierwszego wejrzenia ;-) stanowczo musze się dokładniej przyjrzeć lakierom Orly, nie doceniałam ich dotąd, i jak widać było to spore niedopatrzenie ;))
 
 
I korzystając z okazji chciałam życzyć Wam wszystkiego co najlepsze, dużo zdrowia i pogody ducha, oraz oczywiście samych fajności pod choinką! Dziękuję ze jesteście ze mną :*
 
 
 

poniedziałek, 23 grudnia 2013

Lily Lolo, Prime Focus

Naturalna baza pod cienie Prime Focus to kolejny produkt marki Lily Lolo, który mam przyjemność testować. Tym, co odróżnia tę bazę od większości tego typu kosmetyków na rynku jest to, że jednocześnie może być używana także jako korektor i co więcej, dobrze się w tej roli sprawdza.
 
 

 
Dwa kolory pomagają jednocześnie wyrównać koloryt powieki (odcień beżowy) i zatuszować cienie (odcień żółty). W zależności od potrzeb można je ze sobą mieszać. Kremowa konsystencja sprawia, że kosmetyk charakteryzuje się świetną przyczepnością, dzięki czemu stanowi doskonałą bazę zwłaszcza pod sypkie cienie, bo nie tylko wybitnie zwiększa ich nasycenie, ale i zapobiega osypywaniu.  Znacznie przedłuża trwałość cieni na powiece, choć czasem zdarza się, że po kilku godzinach pigment zbiera się w załamaniu powieki. Użyta w roli korektora delikatnie rozjaśnia cienie pod oczami i raczej nie ma tendencji zbierania się w zmarszczkach.
 

 
Baza jest niezwykle delikatna, dobry skład i przyjazna maślana formuła nie podrażnia ani nie wysusza skóry powiek - stanowi dobrą propozycję nawet dla bardzo wrażliwej skóry. Wydajna, sięgam po nią dość często i wciąż nie widzę większego ubytku.
 

niedziela, 22 grudnia 2013

Balea, Dekollete Serum

Całkiem przyjemny balsam do pielęgnacji dekoltu. Zawiera ekstrakty z kofeiny, alg morskich i miłorzębu japońskiego, a wszystko po to, by przywrócić skórze jędrność i właściwe napięcie. Regularnie stosowany w znaczny sposób odmładza skórę i poprawia jej sprężystość.
 
 
Balea, Dekollete Serum na lekką konsystencję, dzięki czemu łatwo się rozsmarowuje i szybko wchłania. Zupełnie nieźle nawilża skórę, sprawia że staje się ona gładka i aksamitna w dotyku. Mimo dalekiego od naturalnego składu serum nie podrażnia ani nie powoduje wysypu na delikatnej skórze dekoltu. Trudno ocenić, czy poprawia jego sprężystość, ja w każdym razie spektakularnych różnic nie dostrzegam ;)
 
 
Serum zapakowano w opakowanie typu airless, mimo stosunkowo niewielkiej pojemności 100 ml jest bardzo wydajne. Delikatny kremowy zapach nie drażni nosa i nie utrzymuje się zbyt długo na skórze.
 

 
Podsumowując - przyzwoity kosmetyk w niewielkiej cenie (szczegółów nie pamiętam, ale kosztował zaledwie parę euro). Nie sądzę, by sprawdził się w pielęgnacji wymagającej dojrzałej skóry, ale całkiem nieźle sprawuje się w przypadku tej, która potrzebuje jedynie w miarę dobrego nawilżenia.


środa, 18 grudnia 2013

Clarins, Extra Comfort

Kiedy tylko usłyszałam o nowym podkładzie Clarins, Extra Comfort, od razu pobiegłam do Douglasa sprawdzić cóż to za cudo, po czym,  nie namyślając się długo, kupiłam go, kierowana głównie ogromną sympatią dla innego podkładu Clarins, Skin Illusion. Uwierzycie, że tego ostatniego zużyłam co najmniej 6 buteleczek? A może i więcej, po piątej straciłam rachubę ;-) Oczekiwania wobec Extra Comfort miałam zatem spore i jeśli ciekawe jesteście, czy podkład je spełnił, zapraszam do recenzji.
 

Extra Comfort skierowany jest do posiadaczek skóry dojrzałej, ale tego typu wskazania traktuję jako mocno umowne i rzadko kieruję się nimi przy zakupie kosmetyków, a już tym bardziej kosmetyków kolorowych. Specjalnie opracowana formuła, skomponowana między innymi z oleju arganowego i  tajemniczego, bliżej niezdefiniowanego kompleksu Global Age-Defying Complex, ma pielęgnować skórę, nawilżać ją i napinać, a także optycznie wygładzać zmarszczki. W efekcie twarz ma być rozświetlona i wizualnie młodsza. 
 

Sporym minusem jest dla mnie opakowanie. Piękne, dekoracyjne, z matowionego szkła i ze złotą nakrętką, ale przede wszystkim bardzo niepraktyczne. Aż chciałoby się zapytać, Clarins, why? Wizja grzebania paluchem w słoiczku średnio do mnie przemawia, i wprawdzie producent dołożył szpatułkę, ale wciąż daleko temu rozwiązaniu do komfortowego flakonika z pompką.
 


Podkład jest gęsty na podobieństwo treściwego kremu. Cięższy, niż używane przeze mnie na ogół podkłady wydał mi się idealny na tę porę roku, w sam raz, by ochronić skórę przed chłodem zimowych dni. Aplikacja przebiega bezproblemowo, choć to jeden z tych podkładów, które lepiej wyglądają na twarzy wklepane palcami, ponieważ pod wpływem ciepła szybciej dopasowują się do skóry. Z lenistwa i niechęci do brudzenia dłoni używam pędzli typu flat top i też jest całkiem nieźle - mimo że przez pierwszych paręnaście minut efekt jest nieco pudrowy, to z czasem podkład ładnie się wtapia. Zupełnie za to nie współgra z odwodnioną skórą, niemiłosiernie podkreśla suche skórki, podkreśli też niestety rozszerzone pory. Kryje nieźle i raczej matuje niż rozświetla, przynajmniej przez pierwszą połowę dnia ;-) Jest trwały, o ile nie dotykacie twarzy rękoma jest szansa, że w całości przetrwa do demakijażu.


Wybrany przeze mnie kolor to oznaczony numerem 103 odcień Ivory i jeśli miałabym sobie czegoś życzyć, to żeby miał w sobie więcej żółtego pigmentu. Ale i tak chwała mu, że nie jest różowy, najuczciwiej byłoby określić go mianem neutralnego beżu (acz z kapeńką różu). Weźcie jednak poprawkę na to, że moja skóra ma wyraźnie żółtawy odcień, więc jestem na tym punkcie mocno wyczulona.
 
Podsumowując - Extra Comfort to, pomijając nieszczęsne opakowanie, zupełnie przyjemny kosmetyk. Pięknie pachnie i ładnie wygląda na skórze, daleko mu jednak w mojej ocenie do wspomnianego na początku Skin Illusion (który nawiasem mówiąc kupicie taniej - w Douglasie oba podkłady kosztują odpowiednio ok. 140 i 180 zł). Ale to nie on sprawił, że po początkowym zachwycie od paru tygodni nie sięgam po Comfort Extra prawie wcale. Nie jest to wprawdzie temat tej recenzji, ale nie mogę się powstrzymać, żeby nie pokusić Was zachwytami nad mineralnym podkładem Lily Lolo. Od jakiegoś czasu noszę go na twarzy codziennie - mam kolor China Doll - i z każdym dniem uwielbiam go bardziej i bardziej!
 
Znacie podkłady Clarins? Macie wśród nich swoich ulubieńców?



wtorek, 17 grudnia 2013

Najładniejsza jagódka w koszyku Inglot, Berry Collection

Zdecydowanie jest nią lakier oznaczony 690, niech Was nie zmyli foto, długą chwilę byłam przekonana, że jego numer to 069, a tymczasem trzymam go do góry nogami ;-) Kolor to piękny ciemny jagodowy fiolet z niedostrzegalnym na pierwszy rzut oka złotym shimmerem. Na drugi zresztą też nie bardzo, shimmer jest naprawdę drobno zmielony, tak że na lakierze tworzy tylko delikatną poświatę. Nie do końca udało mi się uchwycić ją na zdjęciu, tym bardziej że zimowe światło słabo podkreśla urodę lakieru, ale jeśli będziecie w salonie bądź przy wyspie Inglota koniecznie go obejrzyjcie! Zresztą cała Berry Collection zdecydowanie warta jest uwagi ;-)
 
 


 


 
Lakier wymaga nieco cierpliwości i dokładności w malowaniu, a przede wszystkim dwóch warstw, dopiero wtedy uwidacznia się cały jego urok. Kolor jest elegancki, stonowany, jesienny i bardzo przyjemny w noszeniu. Do trwałości również nie mam zastrzeżeń, spokojnie wytrzymuje na paznokciach parę dni. Lakier stworzono w tzw. oddychającej formule, ponadto nie zawiera szkodliwego toluenu, formaldehydu, ftalanu dibutylu i kamfory. Kosztuje 32 zł.
 
ps. A lakier Kiko Violet Microglitter wędruje do Agi Sz. :) Mam nadzieję, że spodoba Ci się tak samo jak mi ;-))
 
 

niedziela, 15 grudnia 2013

Gdzie byłam, jak mnie nie było i co stamtąd przywiozłam ;)

Wybraliśmy się do Berlina na długo oczekiwany koncert Parov Stelar. Kto z Was nie zna tej formacji, temu serdecznie polecam przesłuchanie takich kawałków jak chociażby mega dynamiczne Catgroove, Silent Shuffle, Booty Swing, All Night, czy nieco innych w charakterze The Princess i Coco. Koncert był rewelacyjny ;)) Kolejne 3 dni spędziliśmy na spacerach po Berlinie, Dreźnie i Poczdamie, krążąc od jednego jarmarku bożonarodzeniowego do drugiego ;-) Wypiliśmy mnóstwo grzanego wina, ponczu, cydru i ajerkoniaku (tego ostatniego zdecydowanie nie polecam ;p), opychaliśmy się kiełbaskami, pieczonymi kasztanami i co tam jeszcze można było dostać. Uwielbiam niepowtarzalny klimat adwentu w Niemczech.
 
Na zdjęciach majestatyczne Drezno. Piękne, utrzymane w klimacie niemieckiego baroku stare miasto zostało odbudowane po tym, jak alianci, licząc na złamanie niemieckiego ducha walki, w wyniku serii bombardowań niemal zupełnie je zniszczyli. 
 


Ten tajemniczy ginący w chmurach obiekt to ruchomy most przerzutowy F60 zbudowany na potrzeby kopalni odkrywkowej w NRD, rok przed zjednoczeniem Niemiec. Mimo że pracował tylko 9 miesięcy, przeszedł do historii jako największa maszyna zbudowana przez człowieka. Ma 502 metry długości i przez lokalnych mieszkańców nazywany jest leżącą wieżą Eiffla (choć jest znacznie od niej większy). W sezonie istnieje możliwość wejścia na samą górę, widok stamtąd musi być nieziemski.

 
I fragment zespołu pałacowo-parkowego Sanssouci w Poczdamie w jesienno-zimowej oprawie.
 


 
Skorzystałam także z okazji, by odwiedzić drogerie Dm i Kiko, w tej ostatnim zakochałam się w lakierze Violet Microglitter. Spodobał mi się tak bardzo, że wzięłam jeden także i dla Was. Wystarczy, że do końca jutrzejszego dnia zaznaczycie w komentarzu, że chciałybyście go dostać, a ja wylosuję go wśród jednej z Was. Podajcie proszę także swój mail, bym mogła się z Wami skontaktować.
 
 
Wierzcie mi, na żywo jest jeszcze ładniejszy!
 
 
 

wtorek, 10 grudnia 2013

Bielenda, Drogocenny olejek arganowy

Wraz z nadejściem zimy coraz częściej sięgam po olejki do pielęgnacji skóry, chętnie zabezpieczam nimi także końcówki moich wiecznie zmaltretowanych prostownicą włosów. W obu tych rolach nadspodziewanie dobrze sprawdza się Drogocenny olejek arganowy 3 w 1 od Bielendy. Wprawdzie w zamyśle producenta 3 w 1 oznacza także pielęgnację twarzy, ale tu jestem twarda i rzadko zdarza się, żebym odważyła się nakładać olejki na swoją kapryśną cerę.
 
 
Jak głosi etykieta, kosmetyk to prawdziwie upiększający eliksir. Zastosowana w nim kompozycja olejków ma sprawić, że nasza skóra stanie się nie tylko nawilżona i odżywiona, ale także gładsza, jędrniejsza i pełna blasku.  Parę kropel olejku, choć trudno tu mówić o kroplach, atomizer jest raczej z tych hojniejszych ;), rozprowadzamy na  skórze - z doświadczenia wiem, że lepiej, kiedy jest jeszcze wilgotna, ale producent dopuszcza także możliwość wmasowania olejku w suchą skórę. Podobnie postępujemy z włosami - niewielką ilość kosmetyku wcieramy w mokre bądź suche końcówki włosów. Na plus warto odnotować, że stosunkowo szybko się wchłania i nie pozostawia  tłustej warstwy.
 

Wiem, że sporo z Was narzeka na opakowanie, ja nie mam zastrzeżeń, podoba mi się zarówno forma, jak i design. Aplikator u mnie działa bez zarzutu, a niewielka buteleczka dobrze leży w dłoni. Nie sposób nie wspomnieć o zapachu - subtelna, a przy tym bardzo aromatyczna woń rozgrzewających przypraw niesamowicie przypadła mi do gustu!

 
Małym minusem może być fakt, że olejek po otwarciu należy zużyć w terminie 3 miesięcy. Zwykle zajmuje mi to znacznie więcej czasu, ale może dzięki temu będę miała motywację do bardziej systematycznego sięgania po niego. Dodatkową zachętą do wypróbowania jest  przyjazna cena: ok. 16-20 zł w zależności od źródła. Swoją drogą w tej linii dostępne są jeszcze dwa olejki,  Drogocenny olejek z awokado i Drogocenny olejek brzoskwiniowy, ale mały wywiad w Sieci pokazał, że najlepsze opinie zbiera właśnie arganowy. Jeśli miałyście do czynienia z którymkolwiek z nich, koniecznie podzielcie się wrażeniami!
 
 
ps. Wprawdzie 'hu-hu-ha! nasza zima zła!', ale jak widać może być też piękna ;-). Trzymajcie się ciepło!
 
 
 
 

niedziela, 8 grudnia 2013

Organiczny krem pod oczy, Skin Blossom

Przygoda z naturalnymi kosmetykami trwa w najlepsze i choć nie zarzekam się, że zupełnie zrezygnuję z nieekologicznych mazideł, to z przyjemnością odnajduję wśród tych pierwszych kolejne perełki. Krem pod oczy to najmniej stały punkt w mojej pielęgnacji, rzadko sięgam ponownie po ten sam produkt, chętnie kupuję nowości i tym razem padło na nieznaną mi dotąd markę Skin Blossom.
 
 
Organiczny krem pod oczy to obietnica regeneracji, odmłodzenia i  rozjaśnienia delikatnej skóry wokół oczu. Zawarte w kremie wyciągi z zielonej herbaty i świetlika spełniają rolę przeciwutleniaczy, dodatkowo świetlik łagodzi obrzęki i ma właściwości przeciwzapalne, a obecne w składzie masło shea i olejki dbają o prawidłowe nawilżenie skóry. Zgodnie z deklaracją producenta 85% receptury kremu to składniki organiczne. Kosmetyki Skin Blossom posiadają certyfikat Soil Association.
 
 
Krem upakowano w malutkie - zaledwie 15 mililitrowe - opakowanie typu airless zaopatrzone w pompkę, która bardzo sprawnie dozuje niewielkie ilości kremu. Specyfik ma delikatną i lekko mażącą się po skórze konsystencję, trzeba trochę cierpliwości, by dokładnie go rozsmarować. Szybko się wchłania, pozostawiając skórę widocznie nawilżoną i satynową w dotyku. Krem pachnie to ziołami, ale jest to aromat bardzo subtelny i tym samym prawie niewyczuwalny.


Działanie kremu oceniam na mocną czwórkę, potraktowana nim skóra jest dobrze nawilżona i odżywiona, a tym samym sprawia wrażenie świeższej i gładszej. Czy jest także rozjaśniona trudno mi ocenić, bo nie zauważyłam jakichś szczególnych zmian w tym kierunku, ale też i moje cienie pod oczami nie są na tyle duże, by stanowiło to dla mnie większy problem. Na pewno sprawdzi się w pielęgnacji niewymagającej skóry, tak na podtrzymanie zadowalającej kondycji :) Generalnie jestem z niego zadowolona, ale nie na tyle, by skusił mnie do sięgnięcia po pozostałe kosmetyki tej marki. Cena to ok. 25 zł; produkty Skin Blossom dostępne są w wielu sklepach sieciowych oferujących kosmetyki ekologiczne.
 
 
 
 

poniedziałek, 2 grudnia 2013

Mineralne cienie Lily Lolo

O mineralnych cieniach do powiek Lily Lolo można by zapewne długo pisać, ale gdybym miała je zareklamować w kilku słowach to  napisałabym o ich wspaniałych kolorach, dobrej pigmentacji i łatwości blendowania. Spośród blisko 30 odcieni wybrałam  cudownie niejednoznaczny czekoladowo-fioletowy Chocolate Fudge Cake, pięknie skrzący i mocno nasycony ciemny brąz Moonlight oraz matowy oliwkowy brąz Cosmopolitan. Wszystkie trzy są niesamowite i sprawiły, że nabrałam apetytu na więcej ;-)
 
 

Ogromnym plusem kosmetyków Lily Lolo są ich niezwykle praktyczne opakowania - wszystkie sypkie specyfiki zapakowano w pudełeczka z przekręcanym sitkiem, dzięki czemu po skończonej pracy łatwo można je zabezpieczyć przed wysypywaniem. Plastikowe słoiczki zamykane są nakrętkami, całość jest przyjemna zarówno wizualnie, jak i w użyciu.



Wszystkie kolory są bajeczne, ale póki co moją uwagę najmocniej przykuł Choclate Fudge Cake, który na powiece niesamowicie się mieni od skrzącego niebieskawymi drobinkami fioletu, aż po czekoladowy brąz, efekt jest naprawdę spektakularny. Moonlight przywodzi mi na myśl ulubiony brąz z chanelowskiej paletki Mystic Eyes i doskonale nadaje się do wieczorowego makijażu, a Cosmpolitan pięknie wydobywa głębię spojrzenia. Aplikowane solo po paru godzinach mogą się lekko zbierać w załamaniu powieki, dlatego warto wspomóc je bazą i w takim duecie bardzo zyskują, nie tylko na trwałości. Zwiększa ona przyczepność pigmentu do powieki i potęguje moc koloru. Z cieniami Lily Lolo świetnie współgrają m.in. bazy Urban Decay,  Lily Lolo, Prime Focus (o której wkrótce napiszę nieco więcej) jak i kultowa kredka Milk NYX. Z powodzeniem można je nakładać pędzlami, pacynkami czy nawet palcami.



Cienie dostępne są na stronie Costasy.pl, dystrybutora kosmetyków Lily Lolo, pojedynczy kosztuje niewiele ponad 30 zł. Gramatura każdego to 2 gramy, co dzięki świetnej pigmentacji z pewnością starczy na długo. Do 3.12. na stronie sklepu trwa promocja, w ramach której do każdego zamówienia powyżej 100 zł dostaniecie wybrany cień mineralny gratis.
 
Znacie, lubicie, a może polecacie jakieś kolory? :) Ja mam ogromną ochotę jeszcze na Black Sand, Smoky Brown, Hush i Greyzie Daze, którego niestety chwilowo brak w asortymencie sklepu.
 
 
 

piątek, 29 listopada 2013

Color Whisper, Pink Possibilities

W makijażu najchętniej stawiam na podkreślone oko, intensywny róż na policzkach (efekt matrioszki mi nie straszny ;-), a usta zwykle traktuję nieco po macoszemu zostawiając je gołe, bądź jedynie z pomadką nawilżającą. Nie oznacza to jednak, że szminek nie lubię, owszem lubię, najczęściej jednak zapominam, że w ogóle je mam. Poza tym malowanie ust zakłada poprawki w ciągu dni, a tego unikam jak mogę, dlatego z czasem coraz chętniej zaczęłam sięgać po półtransparentne pomadki, z efektem błyszczyka, takie, których nałożenie na usta nie wymaga lusterka,  ani szczególnej precyzji. I taka też jest Color Whisper Lipstick, od Maybelline.
 
 
 
 
 
Najtrudniej było z wyborem odcienia, kolory sztyftów nie zachęcają, a wręcz sugerują zupełnie nieodpowiadający mi plastikowo-neonowy efekt. Na szczęście  zarówno na skórze ust, jak i dłoni szminka wygląda zupełnie inaczej - jest żelowa i bardzo delikatna w kolorze, choć każda następna warstwa dodaje jej mocy.  Lekka konsystencja i praktycznie niewyczuwalny zapach sprawiają, że Color Whisper nosi się bardzo komfortowo na ustach. Zgrabny sztyft równomiernie rozprowadza kolor po skórze (jedna warstwa ślicznie wygląda nawet na spierzchniętych ustach, każda następna niestety już uwydatnia suche skórki), da się też wyczuć obiecywane przez producenta nawilżenie ust (olejek jojoba).  Nie jest trwała, w każdym razie nie bardziej niż przeciętny błyszczyk. Opakowanie udanie nawiązuje do formuły szminki i przez to całkiem mi się podoba, dodatkowo jest praktyczne.

 

Wybaczcie czerwonego nocha, chusteczki higieniczne to moi nieodłączni ostatnio towarzysze ;/

Kolor Pink Possibilities to delikatny dziewczęcy róż, neutralny, bez ciepłych ani wyraźnie chłodnych tonów. Ładnie współgra z jasną skórą (na twarzy mam podkład Lily Lolo China Doll, piękny jest!) i mimo że ostatecznie wybrałam go bardzo przypadkowo to nie wiem, czy mogłabym trafić lepiej ;) Miałyście już może do czynienia z tymi szminkami? Jak je oceniacie?