czwartek, 29 listopada 2012

Lala ;-)

Makijaż poniekąd na życzenie Kiry, która chciała być lalą ;-)
 
Zdjęcia wykonane były w różnym świetle, stąd mają nieco odmienną tonację.
 
 


 
 
 
 
Kira to wymarzona modelka - jest śliczna, a w dodatku cierpliwa i zniesie prawie* wszystko, stąd ogromne dla niej buziaki i oczywiście zaproszenie na kolejny raz ;-)
 

* kazano mi sprostować, otóż za gofra (gwoli wytłumaczenia, robię naprawdę pyszne!) zniesie absolutnie wszystko ;-)

 
 

wtorek, 27 listopada 2012

Jolly Jewels Golden Rose i mini rozdanie ;-)

Kolekcja Jolly Jewels to moje pierwsze spotkanie z marką Golden Rose, ale sądząc po zachwycie, jaki we mnie wzbudziła, zapewne nie ostatnie ;-)
 
Golden Rose, Jolly Jewels, 103

I tylko żal, że w tym szaro-buro-ponuro-jesiennym świetle nie udało mi się w pełni uchwycić uroku lakieru.


Golden Rose, Jolly Jewels, 103

Bazę lakieru tworzy mieszanka drobnozmielonego złocistego brokatu, z gdzieniegdzie przebłyskującymi fioletowymi i żółto-zielonkawymi refleksami. Na tym wszystkim osadzają się znacznie większe, różowo-złote okruchy brokatu.
 
Golden Rose, Jolly Jewels, 103 (dwie warstwy)
 
Całość budzi mocno biżuteryjne skojarzenia, przykuwając wzrok niezależnie od pory dnia - paznokcie pięknie lśnią zarówno w świetle dnia, jak i w blasku sztucznego światła.
 
Golden Rose, Jolly Jewels, 103 (dwie warstwy)
 
Trwałość Jolly Jewels po pokryciu go lakierem nawierzchniowym typu top caot jest całkiem niezła, bez - kiepska, ale to głównie dlatego, że drobiny brokatu, niczym niezabezpieczone, zaczepiają się o ubrania.
 
Golden Rose, Jolly Jewels, 103 (dwie warstwy)

Maluje się nim całkiem sprawnie, dzięki mocno kryjącej bazie bez problemu uzyskujemy równomierny efekt na całej płytce paznokcia. Efekt końcowy tak bardzo mi się podoba, że przyznaję; choćby lakier miał same wady, trudno byłoby mi z niego zrezygnować ;-)
 
Cena to ok. 13 zł.
   ---

I, zgodnie z informacją w tytule, zapraszam na mini rozdanie - te dwa lakiery poniżej powędrują do dwóch spośród Was :)



Golden Rose, Jolly Jewels, 113 i 110
 
 
A zasady są takie:
 
Aby wziąć udział w rozdaniu musisz być publicznym obserwatorem bloga. Ponadto miło mi będzie, jeśli na swoim blogu umieścisz notatkę o rozdaniu, wraz ze zdjęciem  (+1 punkt), i/lub dodasz mnie do blogrolla (+1 punkt) ale oczywiście nie jest to konieczne.
 
Dla ułatwienia podaję format zgłoszenia:
obserwuję jako -
link do notatki -
jestem w blogrollu - Tak/Nie (link do bloga)
 
Rozdanie potrwa do 11.12.2012 włącznie. Wyniki podam na blogu w ciągu trzech dni od zakończenia rozdania. Nagrody wysyłam wyłącznie na adres na terenie Polski.
 
Serdecznie zapraszam i wszystkim życzę powodzenia :-)
 

poniedziałek, 26 listopada 2012

Miyo Porcelain, czyli jak ...

...lakier za niespełna 4 złote podbił moje serce ;-)
 
Miyo, Mini Drops, 83 Porcelain

Wiele słyszałam o lakierach Miyo, nie jest to jednak marka szeroko rozpowszechniona w drogeriach, dlatego natknęłam się na nią stosunkowo niedawno, w SuperPharm. Fantastyczna cena 3.99 za sztukę zachęcała do bliższej znajomości i tak w moim koszyku wylądowało kilka egzemplarzy, m.in. Porcelain.


Miyo, Mini Drops, 83 Porcelain

Lakier z miejsca zachwycił mnie kolorem - delikatnym mlecznym bardzo jasnym różem, w chłodnej tonacji. Kolor świetnie pasuje do mojej karnacji, stąd z miejsca awansował na lakierowego ulubieńca w kategorii mannequin hands ;-)


Miyo, Mini Drops, 83 Porcelain

W obliczu mojego upodobania do tego koloru łatwość malowania i trwałość stanowią kwestie drugorzędne, niemniej raczej nie rozczarowują. Lakier wyposażono w  dość długi i wąski pędzelek, który ułatwia szybkie pokrycie płytek paznokci kolorem. Wysycha w zupełnie przyzwoitym, choć może niezbyt szybkim, czasie. Aby uzyskać pełne krycie należy nałożyć dwie warstwy. Trwałość - średnia, ani dobra, ani zła, ot przeciętna, ale jestem w stanie przymknąć na to oko ;)

I jak Wam się podoba?

 


piątek, 23 listopada 2012

Estee Lauder, żelek w kolorze Cyber Pink

Jeśli wierzyć peanom wypisywanym na wszelkich stronach umożliwających recenzje kosmetyków, należałoby przyjąć, że żelowa formuła cieni i rozświetlaczy Estee Lauder zmieniła świat raz na zawsze, rozpoczynając tym samym nową erę kosmetyków kolorowych ;-)
 
Estee Lauder, Pure Color, Gelee Powder EyeShadow
I jakkolwiek w takich sytuacjach staram się być twarda i nie ulegać tej zbiorowej histerii (;-)), to zwykle prędzej czy później hit sezonu ląduje także i u mnie. Tak właśnie trafił do mnie cień Cyber Pink z serii Gelle Powder Eyeshadow od Estee Lauder. Ot słaba moja natura ;-)


Estee Lauder, Pure Color, Gelee Powder EyeShadow, Cyber Pink

Cień o gramaturze 0,9 gramów zapakowano w nieduże dekoracyjne pudełeczko, z mało funkcjonalnym lusterkiem i taką też pacynką, ale nic to, nic to - zawartość najważniejsza ;-)


Estee Lauder, Pure Color, Gelee Powder EyeShadow, Cyber Pink - swatch
 
A zawartość, jak widać, mocno skrzy i błyszczy. Drobinki brokatu są tak mikroskopijne, że z łatwością osiągamy efekt tafli, zarówno na powiekach, jak i na policzkach - ze względu na jasny kolor cień z powodzeniem może być wykorzystany jako rozświetlacz. Aplikowany na mokro nabiera intensywności i połyskuje jeszcze bardziej.
 
Cień jest wydajny i dobrze napigmentowany - dosłownie odrobina wystarczy, by rozświetlić skórę. Trwałość ma dobrą, na bazie jest nie do zdarcia, ale i bez niej całkiem nieźle sobie radzi. Nałożony na kości policzkowe wytrzymuje długie godziny, i co równie istotne - nie zapycha.
 
Estee Lauder, Pure Color, Gelee Powder EyeShadow, Cyber Pink - swatch

Nie można mu odmówić uroku, ale przyznam, że nie sięgam po niego zbyt często, w żelowej formule znacznie bardziej przypadł mi gustu wspomniany na poczatku rozświetlacz - Modern Mercury.
 
A Wam jak się podoba? Odpowiada Wam żelowa formuła tych cieni Estee Lauder, a może polecacie żelki innych marek?
 
 
 

czwartek, 22 listopada 2012

Herbatka u angielskiej królowej ;-)

Ogarnęła nas ostatnio mania kompletowania fotoksiążek, a ponieważ przygotowanie ich wiąże się z przeglądaniem ogromnych ilości zdjęć, postanowiłam skorzystać z okazji i podzielić się z Wami utrwalonymi w fotografiach wspomnieniami. Mam nadzieję, że tak jak ja, lubicie podróżować lub przynajmniej oglądać zdjęcia ;-)

Wielką Brytanię zwiedzaliśmy dwa lata temu, trasę wyznaczały zamki i opactwa, zarówno jedne i drugie często w ruinie ;-).  Nie mieliśmy zbyt wiele czasu, bo zaledwie tydzień, stąd wiele wiele pięknych miejsc pominęliśmy, ale... nic straconego, na pewno tam jeszcze wrócimy!

Trasa naszej tygodniowej podróży po Wielkiej Brytanii

Zdjęć wybrałam zaledwie parę, ale postarałam sie, by w miarę wiernie oddawały klimat tego, co zobaczyliśmy.

Jedną z pierwszych rzeczy, jaką zobaczyliśmy były przepiękne ruiny
dawnego opactwa cystersów -Fountains Abbey. Ruiny klasztoru wraz z otaczającym
je kompleksem znajdują się na liście światowego dziedzictwa UNESCO. 


Niezwykle dekoracyjny zamek Alnwick


Widowiskowo położony zamek Bamburgh


Widok na Edynburg (ale jakoś na niego nie patrzę :P)


Edynburg


Kolejny pięknie zlokalizowany zamek - Tantallon - w ruinie


Malownicze ruiny opactwa Lacercost


Wywieszone na drzwiach kościoła ostrzeżenie o żarłocznych krowach ;-))


Średniowieczny walijski zamek Caernarfon, również na liście UNESCO


Zapierające dech w piersiach koronkowe ruiny Tintern Abbey


Zamek Raglan, piękny, choć ze zwiedzania pamiętam głównie
grubaśnego kota i malutkie kaczuszki :D


Zaprojektowany w stylu barokowym, co ponoć stanowi w Anglii rzadkość -
- pałac Bleinheim


Obecne chyba w każdej powieści Jane Austen uzdrowisko Bath ;-)


Kupa kamieni - Stonehenge


Royal Pavilion w Brighton


Rezydencja królów angielskich - zamek Windsor


Londyn :D

 
Białe klify Dover ;-)

Przyznam, nie spodziewałam się, że Wielka Brytania okaże się tak zjawiskowa, nigdy nie kojarzyła mi się z miejscem, które koniecznie muszę zobaczyć. Jak widać - zaskakuje, i aż chciałoby się zawołać - do zobaczenia wkrótce!


poniedziałek, 19 listopada 2012

Brudny róż na paznokciach

Kolor numer 375 to zdecydowanie jeden z przyjemniejszych sposobów na zapoznanie się z lakierami Kiko, na jaki mogłam wpaść ;-) Lakier oczarował mnie zarówno swoją barwą, łatwością aplikacji jak i trwałością
 
Kiko, 375
W niedużej szklanej buteleczce kryje się najzgrabniejszy pędzelek do nakładania lakieru, z jakim miałam dotąd do czynienia. Raczej wąski, niż szeroki, a do tego płaski, umożliwia nawet takiemu beztalenciu w temacie malowania paznokci jak ja uzyskanie całkiem niezłego efektu, bez upaprania skórek. Lakier jest średnio gęsty, co w połączeniu z pędzelkiem stanowi dla mnie duet idealny.
 
Kiko, 375
Lakier kryje już przy pierwszej warstwie, ale moim zdaniem pełnia jego uroku objawia się po nałożeniu dwóch warstw. Ogromnym plusem jest krótki czas schnięcia na paznokciach.
 
Kiko, 375
 
Kolor to coś na kształt brudnego różu, dość trudnego do zdefiniowania, niemniej świetnie wpisującego się w aktualną porę roku. Pojemność buteleczki to 11 ml w cenie ok. 4 €, a na zużycie lakieru mamy 3 lata od momentu jego otwarcia. Polecam, jeśli będę miała okazję, to na pewno sprawię mu towarzyszy ;-))



sobota, 17 listopada 2012

Green Pharmacy, ziołowy eliksir do włosów

Tyle się naczytałam o kosmetykach do włosów Green Pharmacy, że kiedy zobaczyłam je w Rossmannie, nie mogłam się oprzeć, by któregoś nie kupić. Wybór padł na Eliksir ziołowy w sprayu do włosów łamliwych, zniszczonych i farbowanych,  z czego w mojej ocenie, stan moich włosów trafnie oddaje jedynie określenie farbowanych, ale jak to mówią, lepiej dmuchać na zimne ;-)
 
Green Pharmacy, Eliksir ziołowy w sprayu
do włosów łamliwych, zniszczonych i farbowanych

Eliksir umieszczono w niedużej poręcznej buteleczce ze świetny psikaczem, który bardzo dobrze sprawdza się  w dozowaniu odpowiedniej ilości kosmetyku na włosy. Zgodnie z zaleceniem producenta, eliksir należy wetrzeć zarówno we włosy jak i w skórę głowy - od razu przyznam, że spryskuję nim głównie włosy, skórę głowy sporadycznie. Kosmetyk aplikuję na włosy wilgotne, choć sprawdza się również na suchych.
 
Green Pharmacy, Eliksir ziołowy w sprayu
do włosów łamliwych, zniszczonych i farbowanych

Efekty? Moje ulubione - ekisir dodaje włosom blasku i co najfajniejsze, sprawia, że stają się sypkie i lejące.  Tym samym mniej się plączą i łatwiej rozczesują, a w dotyku są miękkie i gładkie. Co równie ważne - eliksir nie obciąża włosów i nie przyspiesza ich przetłuszczania się. Efekty są doraźne i nie wydaje mi się, by stosowanie eliksiru wpływało na ogólną kondycję włosów, przy tej jednak cenie i wydajności produktu, zupełnie mi to nie przeszkadza. Zapach - delikatny i raczej neutralny. Duży plus za przyjemny skład, w który wchodzą m.in. koszyczek rumianku, podbiał zwyczajny, kiełki pszenicy i kłącze tataraku. 

Cena i pojemność rewelacyjne, za 250 ml kosmetyku zapłaciłam ok. 7 zł.

Są jakieś kosmetyki Green Pharmacy, które polecacie szczególnie?


wtorek, 13 listopada 2012

Pastelowe trio od Inglota

Nieczęsto zdarza mi się przejść obok sklepu z kosmetykami Inglot nie zajrzawszy chociaż, co nowego ;) Zwykle niestety na oglądaniu się nie kończy i taką właśnie drogą przybył do mnie własnoręcznie skomponowany zestaw pastelowych cieni w kolorach różu, szarości i dymnego fioletu.
 
Inglot 376 (matte), 358 (matte), 319 (matte)
 
Cienie utrzymane są w chłodnej tonacji, nadają się do podkreślenia koloru zarówno zielonej, brązowej, szarej jak i niebieskiej tęczówki. 


Inglot 319 (matte), 358 (matte), 376 (matte) - swatche
 
Zwykle nie mam nic do zarzucenia cieniom Inglota, w tym jednak przypadku pigmentacja nie zachwyca - cienie zdecydowanie bardziej przypadną do gustu zwolenniczkom delikatnych pastelowych makijaży. Aby uzyskać intensywny kolor na powiece trzeba posiłkować się bazą.
 
Inglot 376 (matte), 358 (matte), 319 (matte) na powiekach (z bazą)
 
Cienie dobrze się rozcierają i łączą ze sobą, kolory są piękne i jeśli położymy ja na bazę na pewno będą trwałe :) Polecam, mimo niezbyt mocnej pigmentacji, baza pomoże wydobyć z nich całą głębię koloru, a łatwość cieniowania wynagrodzi niedostatki mocy koloru ;)
 
 
 
 

piątek, 9 listopada 2012

Kul(k)oodporna? ;-)

Od paru dni na blogach wrze, tu i tam dziewczyny prezentują nową odsłonę mitycznych kulasów od Guerlain. Wyjątkowo w tym roku mnie to nie rusza, może dlatego, że w pamięci mam żywe wspomnienie tego, ile wysiłku i czasu włożyłam w zdobycie limitowanej edycji z poprzedniego roku, po to, by po tygodniu stwierdzić, że to jednak nie to i puścić ją w świat ;-) Tegoroczna wersja wydała mi się łudząco podobna do poprzedniej, z góry więc założyłam, że da się bez niej żyć ;-)
 
Guerlain, Meteorites Pearly White 
 
A czy da się żyć bez meteorytów w ogóle? Pewnie tak, ale co to jest za życie ;-) Żartuję oczywiście, ale niezmiennie bawi mnie to, jak parę kolorowych kuleczek, w do niedawna tekturowym kartoniku, hipnotyzuje sporą część kobiecego światka. Swego czasu zahipnotyzowały i mnie, do dziś pamiętam jak mój ulubiony mężczyzna dumnie sprezentował mi moje pierwsze kuleczki w najbardziej klasycznym odcieniu Mythic ;) Wąchałam (taak, meteoryty cudownie pachną) i oglądałam je z prawdziwą przyjemnością, parę razy musnęłam nimi policzki... po czym je sprzedałam. Potem skusiłam się jeszcze na jedną czy dwie limitowanki, które też długo ze mną nie zostały, aż trafiłam na odsłonę Pearly White, która podbiła mnie ostatecznie i z którą rozstawać się nie zamierzam.
 
Guerlain, Meteorites Pearly White,
opakowanie już trochę sfatygowane 
 
Jak już wspomniałam, opakowanie, jakkolwiek ładne, jest tekturowe, co wydaje mi się absurdem zważywszy na cenę kulek. Na szczęście od zeszłego roku meteoryty wreszcie doczekały się godnej oprawy i papierowa puszka została zamieniona na metalową. Piękna jest ;) 
 
W opakowaniu umieszczono biały miękki puszek, który w ostatnich edycjach został zamieniony na mało urokliwą twardawą gąbkę - zarówno puszek jak i gąbka służą jedynie do ochrony kulasków przed wstrząsami. Samych kulek jest kilkadziesiąt (jeśli dobrze pamietam koło 70) i szczerze chylę czoła przed każdym, komu uda się je zużyć.


Guerlain, Meteorites Pearly White
 
Na Pearly White składa się pięć pastelowych kolorów kulek - fioletowe, różowe, złotobeżowe, białe i zielone. Są dość miękkie, jak chyba większość meteorytów, dlatego zwykle na dnie pudełka gromadzi się całkiem spora ilość pyłu osypanego z kuleczek. Często to właśnie z niego korzystam, zwłaszcza, gdy chcę szybko omieść twarz pudrem.
 
Meteorites Pearly White - tu na kościach policzkowych

I wreszcie efekt. Dla wielu dyskusyjny - coś jak szaty nagiego króla, niby są, niby piękne, ale tak naprawdę ich nie widać  - fotoszopujący, ale na tyle dyskretny, że trudno go dostrzec. Takie wrażenia miałam i ja po użyciu poprzednich pudełeczek, tu na szczęście jest inaczej i z łatwością mogę opisać, co oferuje Pearly White. A mianowicie delikatne, ale wyraźne rozświetlenie, a może bardziej oszronienie twarzy, coś jak zmrożony look na podobieństwo rosyjskich księżniczek z moich wyobrażeń. Błysk uzyskany najpewniej za sprawą perłowego poblasku kulek jest chłodny, elegancki i uwielbiam go! Efekt jest trwały, rozświetlające drobinki maleńkie i niewędrujące po twarzy, niemniej są i dlatego ja meteorytów używam jedynie na kości policzkowe, skronie i okolice łuku brwiowego. 
 
Czy skuszę się jeszcze kiedyś na meteoryty? Jeśli Guerlain wypuści podobne Pearly White kulaski, bądź jeśli wpadnie w moje ręce limitka Pastel White, dostępna jedynie na rynku azjatyckim, to na pewno ;)
 
A Wy? Jesteście kulkoodporne? ;-)
 
 
 
 

wtorek, 6 listopada 2012

Dior, Addict Lip Polish

Lubię błyszczyki, a gdy w dodatku są ładnie opakowane, przepadam z kretesem! Nic zatem dziwnego, że od lat przez moją kosmetyczkę (choć gwoli ścisłości należałoby napisać - torebkę) przewijają się różniaste cuda, nie ukrywam, głównie z górnych półek, bo nikt tak jak Dior czy Guerlain nie potrafi ubrać kosmetyku ;)

Lip Polish Smoothing Lacquer to linia wygładzających błyszczyków, pozostawiających na ustach warstwę lśniącego lakieru. Intensywny połysk sprawia, że potraktowane nim usta wydają się większe i wyraźniejsze ;-)

Dior, Lip Polish Smoothing Lacquer
 
Mój wybór padł na Fresh Expert, chłodny cukierkowo-mleczny róż, którego dziewczęcy odcień podoba mi się do tego stopnia, że jest to już mój drugi egzemplarz. Kolor jest jednolity, bez drobinek i pomimo jasnego odcienia - wyraźny na ustach.

Dior, Lip Polish Smoothing Lacquer, 002 Fresh Expert

Aplikator w formie gąbeczki kryje w sobie nie lada niespodziankę - mianowicie jest obrotowy, w formie roll-on ;-) Nieco zabawny gadżet umożliwia sprawne i szybkie umalowanie ust.

Dior, Lip Polish Smoothing Lacquer, 002 - swatch

Kosmetyk ładnie pachnie, analogicznie do koloru - cukierkowo. Trwałość na ustach - średnia, dla pełnego efektu trzeba dość często ponawiać aplikację, ale to chyba cecha większości błyszczyków. Klei się dość standardowo i raczej nie polecam go na spacer w wietrzny dzień ;-)

Błyszczyk nie wysusza ust, wręcz przeciwnie - nawilża je i wygładza.

Opakowanie typowe dla serii Addict, nie wiem jak Wam, mnie kuleczka wieńcząca nakrętkę bardzo się podoba ;-) Cena również typowa dla Diora, za 5,5 ml produktu zapłacimy ok. 140 zł, co szczerze mówiąc wydaje mi się nieco przesadzoną ceną, no ale od czego są promocje...