poniedziałek, 29 października 2012

Aż chciałoby się być w opałach :D

Uwielbiam dobre kino, a całkiem niedawno synonimem tego stała się dla mnie seria przygód Bonda. Od razu przyznaję, ta z Danielem Craigiem, poprzednie mogą dla mnie nie istnieć ;)
 
źródło
 
I choć Skyfall trudno mi porównać do faworyta serii Casino Royale, to i tak wczorajszy seans zrobił na mnie duże wrażenie i z przyjemnością obejrzałabym go jeszcze raz ;-) Zresztą nie tylko Craig powalił mnie na kolana, Javier Bardem świetnie wypadł w roli psychopaty, wprawdzie swoją kreacją nie przeraził mnie do tego stopnia, jak w filmie To nie jest kraj dla starych ludzi, ale i tak był rewelacyjny.
 
źródło
 
Dziewczyny Bonda jak zwykle świetne, choć wyczytałam na Filmwebie, że o tę rolę starała się m.in. jedna z moich ulubionych aktorek, Rachel Weisz, prywatnie żona Craiga. Nie wiem, jak Wy, ja jej się wcale nie dziwię  ;-)


źródło

Tradycyjnie zdjęcia kręcone były w wielu ciekawych i pięknych miejscach, chętnie odwiedziłabym przynajmniej kilka z nich ;) Dużym plusem jest także motyw muzyczny, do którego wykonania zaproszono Adele. I o ile nie jestem w stanie przypomnieć sobie ani wykonawców, ani tematu piosenek do poprzednich dwóch filmów, to Skyfall na pewno zapamiętam.
 
źródło
 
Widziałyście? A może dopiero się wybieracie? ;) Co sądzicie o Craigu w roli Bonda?
 
 

niedziela, 28 października 2012

Kiko, kredka do ust Rosa Naturale

Z makijażem ust rzadko jest mi po drodze, ale od czasu do czasu trafiam na kosmetyk, którego kolor bądź konsystencja spodoba mi się na tyle, że chociaż przez chwilę sięgam po niego regularnie ;) Tak jest też z kredką do ust włoskiej marki kosmetycznej Kiko.
 
Kiko, Pencil Lip Gloss
 
Kredka zapakowana jest tak, jak tygryski lubią najbardziej - w folię, dzięki czemu mamy pewność, że nikt jej wcześniej nie testował.
 
Kiko, Pencil Lip Gloss, 08 Rosa Naturale
 
Nie miałam zbyt wiele czasu, by zastanowić się nad wyborem koloru, ani tym bardziej na przetestowanie go na dłoni, zdecydowałam się więc na bezpieczny odcień brudnego różu - Rosa Naturale.
 
Kiko, Pencil Lip Gloss, 08 Rosa Naturale

Kredka, choć trafniejsze byłoby określenie pomadka w kredce, jest  dość miękka i bardzo kremowa, dzięki czemu malowanie ust przebiega sprawnie i przyjemnie. Nie ma smaku ani zapachu i na ustach jest prawie niewyczuwalna. Pomimo kremowej konsystencji, a może właśnie dlatego, źle wygląda na spierzchniętych ustach; bezlitośnie podkreśla wszystkie odstające skórki. Brak jej też właściwości pielęgnujących - nie wysusza, ale też specjalnie nie nawilża, jest raczej zupełnie obojętna dla kondycji ust.


Kiko, Pencil Lip Gloss, 08 Rosa Naturale - swatch
 
Wybrany w pośpiechu kolor zachwycił mnie, to połączenie beżu z różem - odcień, który na swoich ustach noszę najchętniej. Krycie jest całkiem niezłe, jedna warstwa zostawia na ustach delikatny, niemal transparentny w odcieniu, satynowy połysk, dwie dają konkretny kolor. Efekt utrzymuje się do paru godzin, potem równomiernie znika.
 
Kredka jest wydajna, w porywie entuzjazmu dla koloru używam jej dzień w dzień, od około dwóch tygodni i ani razu jej nie temperowałam.
 
Podsumowując, poza brakiem właściwości pielęgnacyjnych i słabą dostępnością firmy w Polsce (jedynie Allegro), kredka nie ma dla mnie żadnych wad. Podoba mi się jej kolor, trwałość i konsystencja. Cena również nie przeraża, kredka kosztuje 3.90€ (gramatura 2,27 g). Jeśli tylko będę miała okazję, na pewno skuszę się na kilka innych wersji kolorystycznych :)
 
No i przede wszystkim mam nadzieję, że Kiko wreszcie zawita do Polski!
 
 

czwartek, 25 października 2012

A w Oliwie...

Po pięknej polskiej złotej jesieni (ktoś ją ogóle widział?) zostały już tylko wspomnienia, pogoda wyraźnie nas nie rozpieszcza, jest szaro, buro, w dodatku niezbyt ciepło.

A jeszcze parę dni temu było tak ;-):
 
Surykatka
 
Surykaci maluch wyszedł trochę nieostry, ale jest tak uroczy, że nie mogłam się powstrzymać ;-)


Najmniejszy z małych ;-)


Trzy z czterech oliwskich żyraf


Czyżby jelonek?

 I najulubieńsze z ulubionych - kotki ;-)
 
Tigr


Gepard - wyraźnie zadowolony z nowego wybiegu


Rysiowe słodziaki zażywają poobiedniej drzemki ;-)
 
Bardzo lubię oliwskie zoo, odwiedzamy je średnio raz w roku i zawsze mamy tam co robić ;-) Zresztą sądząc po tym, że parking przy zoo zapchany był po brzegi, nie tylko my darzymy je sympatią. 
 
Sporo się zmieniło od naszej ostatniej wizyty, przybyło trochę nowych zwierząt (i wreszcie udało mi się zobaczyć surykatki!), a część z nich zmieniła wybiegi na większe. Zoo ciągle się zmienia i dobrze, że na plus ;-)
 
Byliście? Lubicie? Macie swoich ulubieńców?
 
 
 

środa, 24 października 2012

Alva, regenerujący spray z olejkiem z drzewa herbacianego

Na moją sympatię dla danego kosmetyku zwykle składa się kilka jego cech, począwszy od estetyki opakowania, przez zapach i konsystencję, aż po najważniejsze - działanie. Bywa jednak, że muszę się obejść bez tych wszystkich umilaczy i zadowolić jedynie efektem - tak jak w przypadku sprayu regenerującego Alva, Rhassoul Repair Spray.

Alva, Rhassoul Repair Spray
 
Określenie, że spray nie ma ładnego zapachu to spore niedomówienie, określenie, że śmierdzi okrutnie  zacznie lepiej oddaje sedno sprawy ;-) I wierzcie mi, kiedy piszę, że śmierdzi to znaczy, że naprawdę śmierdzi, jakby co, kot jest świadkiem, zwykle tylko patrzy jak tu upolować wacik po mojej wieczornej toalecie, od tych ze sprayem Alvy trzyma się z daleka :D Kolejnym minusem jest dla mnie opakowanie, szklane, przez co łatwe do stłuczenia, wyposażone w mało praktyczny psikacz o niezłej sile rażenia. Zdecydowanie wolałbym zwykły dozownik, pozwalający mi decydować o ilości dozowanego na wacik płynu. Na szczęście pośród tych niedogodności spray kryje w sobie niezaprzeczalną perełkę, jaką jest jego pielęgnacyjne i lecznicze działanie. Wszystko to za sprawą olejku z drzewa herbacianego, uprawianego na plantacjach Alvy w Australii. Z dobroczynnych właściwości krzewu herbacianego korzystali już Aborygeni, którzy wykorzystując jego bakterio-, grzybo- i wirusobójcze  działanie leczyli nim infekcje skórne, rany i oparzenia.  Dodatkową zaletą olejku herbacianego jest łatwość z jaką przenika przez skórę, działając tym samym na bakterie beztlenowe, będące przyczyną zmian trądzikowych, stąd też jego częsta obecność w kosmetykach antytrądzikowych.

Producent zaleca, by spray używać nie tylko dla złagodzenia problemów ze skórą (trądzik, wyspryski, zaskórniki), ale także w przypadku paradontozy, użądleń owadów i małych skaleczeń, przy infekcjach górnych dróg oddechowych oraz przy grzybicy stóp.  Spray jest niesamowicie skuteczny i mimo, że problemy ze skórą mam raczej okazjonalne, bardzo się cieszę, że go kupiłam. Potraktowane nim zanieczyszczenia szybko znikają, często już na drugi dzień widać różnicę. Myślę, że regularnie stosowany zapobiega powstawaniu wyprysków na skórze, ale z uwagi na wspomniany zapach zadowalam się jego ratunkową funkcją ;-)

Spray jest w 100% naturalny i posiada certyfikat ECOCERT. Opakowanie 75 ml kosztuje ok. 30-40 zł, w zależności od źródła. Bardzo bardzo polecam, naprawdę warto mieć.


Skład:
Aloe vera, aqua, tea tree oil, lavender oil, grapefruit oil, glycerin, lemon oil, manuka oil, frankincense oil, limonene, linalool, geraniol, citronellol, coumarin.


 
 

wtorek, 23 października 2012

Brokatowy topper od Essence

Od czasu do czasu nachodzi mnie duch perfekcyjnej pani domu; zrywam się wtedy do porządkowania zapomnianych zakamarków szafek i szuflad, co jest o tyle pożyteczne, że prawie zawsze znajdę coś, o czym dawno słuch zaginął ;-).  Tym razem z czeluści wychynął kolorowy cudak z Essence, brokatowy topper o bardzo adekwatnej nazwie  - Circus Confetti.
 
Essence, Nail Art, Special Effect Topper
 
Circus Confetti jest częścią linii lakierów Essence, nadającej paznokciom specjalny efekt -  obok cyrkowca dostępnych jest jeszcze kilka innych wykończeń, m.in. złote, srebrne, holograficzne itp.
 
Topper Essence położony na lakier Kiko, odcień 375
 
W bezbarwnym lakierze zatopiono mnóstwo różnokolorowych drobinek brokatu. Bazą dla toppera może być dowolny lakier, dzięki czemu możliwości jego zastosowania i efekt końcowy wydają się być nieograniczone.
 
Essence, Circus Confetti
 
Topper jest raczej trwały, operuje się nim dość łatwo, choć niestety z upływem czasu trochę gęstnieje. Jedyną wadą, jaką w nim znajduję, jest mało przyjemne zmywanie, drobinki brokatu są dosłownie wszędzie.  
 
Przyznaję, z początku podchodziłam do tego typu lakierów sceptycznie, ale efekt na paznokciach jest tak bajecznie kolorowy i uroczy, że nabrałam apetytu na więcej ;-) Do nabycia m.in. w Naturze, Douglasie za ok. 8 zł.
 
 
 
 

poniedziałek, 22 października 2012

Chanel, I'm In Love ;-)

Chanel In love to jeden z najulubieńszych kosmetyków różujących w mojej różanej kolekcji. Podoba mi się w nim wszystko - niejednoznaczny kolor, który czasem wydaje się koralowo-brzoskwiniowy, a czasem jest po prostu delikatnym odcieniem płatków herbacianej róży, subtelny pudrowo-różany zapach i wreszcie - dobra trwałość :)
 
 


 
Róż jest dobrze napigmentowany, ale na tyle miękki i naturalny w kolorze, że nawet jeśli przesadzimy z ilością, łatwo go rozetrzeć. Dzięki bardzo niewielkim, niemal niewidocznym, złocistym drobinkom nadaje twarzy promienny młodzieńczy wygląd.
 
Chanel, Joues Contraste, 55 In Love


Opakowanie jest praktyczne, wyposażone w całkiem spore lusterko i zupełnie dla mnie bezużyteczny pędzelek (stąd brak go na zdjęciu, posiałam go dawno i nie wiadomo gdzie ;). Wydajność różu jest ogromna - mimo, że mam go już jakiś czas i często po niego sięgam, w jego zużyciu nie zbliżyłam się nawet do połowy. Minusem jest oczywiście absurdalnie wysoka cena (ok. 170  zł w Sephorze), niemniej nie jestem w stanie napisać, że nie warto ;-)



piątek, 19 października 2012

Subiektywny przegląd flat topów ;-)

Często trafiam w Sieci na pytania, czym najlepiej nakładać podkład. Oczywiście wiele zależy od osobistych preferencji, czasem również od samego podkładu,  ale moim zdaniem najsprawniej w tym temacie radzą sobie pędzle typu flat top. Przechodziłam już przez etap nakładania podkładu palcami, co ma swoje zalety, chociażby taką, że ogrzany ciepłem dłoni kosmetyk lepiej układa się na twarzy, przyznam jednak, że odkąd mam swoje ulubione pędzle, niechętnie myślę o brudzeniu dłoni. Wklepywałam też podkład gąbeczkami i tu od razu dodam, że głównie w szkole makijażu, ponieważ mi samej ten sposób nigdy specjalnie nie odpowiadał. Raz, że zwykle pochłaniają one mnóstwo kosmetyku, przez co cała zabawa staje się mało ekonomiczna, dwa, jest to zwykle mocno czasochłonne i wreszcie trzy - efekt końcowy często nie do końca mi odpowiadał. Szybko doszłam do wniosku, że pędzle to jest to i od paru lat bazuję głównie na nich.
 

;-)

Początkowo były to zwykłe płaskie pędzle, które z perspektywy czasu oceniam jako całkiem niezłe, zupełnie jednak nie umywają się do flat topów, o których będzie dzisiejszy post.  


Porównanie rozmiarów
 
Moja kolekcja to przede wszystkim uwielbiane przeze mnie Blusche, skrajnie różne Maestro i stare dobre pędzle od Everyday Minerals


Pędzel do pudru, różu i podkładu nr 140, Maestro
 
Tak jak napisałam, flat topy Maestro wzbudzają u mnie różne uczucia, pierwszy, który kupiłam to właśnie Pędzel do pudru, różu i podkładu nr 140. I tak, z jednej strony pędzel doskonale rozprowadza cieniutką warstwę podkładu, bez smug, słowem sprawia, że kosmetyk idealnie wtapia się w skórę. Ponadto zupełnie nie wchłania podkładu, dzięki czemu jego zużycie jest bardzo małe. Dodatkowo mam wrażenie, że dzięki gęstości włosia, a co za tym idzie precyzją aplikacji, pędzel podnosi kryjące właściwości nawet  słabo kryjących podkładów. Z drugiej zaś strony niemiłosiernie drapie i to mimo wielu kąpieli, z najbardziej zmiękczającymi odżywkami. Nie odpowiada mi też długa rączka, no ale to już kwestia takiego, a nie innego wzornictwa. Pędzel wykonany jest z naturalnego włosia Racoon, rączka jest drewniana. Cena to ok. 40 zł.


Pędzel do podkładu Foundation III, Złota Kolekcja, Maestro
 
Wraz z kupnem Pędzla do podkładu Foundation III ze Złotej Kolekcji moja ocena firmy  Maestro poszybowała w górę. To pędzel doskonały, aplikacja podkładu to niemalże pieszczota dla twarzy, tak bardzo jest delikatny i miły w dotyku. Podkład rozprowadza równomiernie, bez smug i choć wchłania nieco więcej kosmetyku niż 140 - wybaczam mu to, tak bardzo praca z nim jest przyjemna. Szczerze polecam każdemu. Użyte przy produkcji tego pędza włosie jest syntetyczne, rączka tradycyjnie drewniana, na szczęscie krótsza niż u poprzednika. Cena podobna, ok. 40 zł. Minus? Dotyczy wszystkich pędzli Maestro  - zdarza się, że skuwka nie trzyma jak powinna, bądź pędzel traci włosie, na szczęście wady te można reklamować u producenta.


Flat Top Blusche, w mniejszej wersji


Flat Top Blusche

Pierwszy pędzel Blusche trafił do mnie w ramach wizażowej wymiany, i tak mi się spodobał, że wkrótce potem postarałam się o drugi, na wszelki wypadek ;) Jego niewątpliwa zaleta to wielkość, bardzo dobrze pracuje mi się na takich maluchach, przy czym okazało się, że pędzel, który dostałam jako pierwszy jest z mini zestawu, a oryginalny Flat top jest nieco większy, natomiast używa się go równie dobrze. Jest bardzo precyzyjny, dzięki niewielkim rozmiarom bez problemu dociera we wszystkie miejsca. Milutkie syntetyczne włosie wchłania niewiele podkładu, choć z pewnością więcej niż pędzle Maestro. Gdy maluję siebie najczęściej siegam właśnie po pędzelki Blusche. Minus - trzeba je zamawiać aż z Kanady, cena to ok. 10 dolarów kanadyjskich, plus przesyłka.
 
Flat Top, Everyday Minerals
 
Pędzel Everyday Minerals to mój pierwszy flat top. Moja sympatia do niego była tak wielka, że mam aż trzy egzemplarze ;-) Bardzo fajny, z syntetycznym włosiem, ale najmniej ekonomiczny z wszystkich pędzli, które mam. Ponoć ma dożywotnią gwarancję, co mnie wcale nie dziwi, bo na pewno każdy z trzech był prany tysiące razy, a  trzymają się świetnie.  Wciąż uważam, że to bardzo dobry pędzel, ale dziś znacznie częściej siegam po Blusche i Maestro ze Złotej Kolekcji. Cena tego flat topa bywa różna, w zależności od źródła, najłatwiej dostępny jest chyba na Allegro.
  
Podsumowując, flat topy to zdecydowanie dobry wybór nie tylko w kwestii nakładania podkładów płynnych, świetnie sprawdzają się także przy kryjących pudrach sypkich, czy kompaktach, można nimi rozprowadzać brązery, róże itp. Jedno jest pewne, jeśli ktoś raz ich użyje trudno będzie mu wrócić do tradycyjnych metod palca i gabeczki ;)
 
A czym Wy nakładacie podkład?
 
 
 

czwartek, 18 października 2012

Radość zakupów ...

... dziwne, że odczuwają ją głównie kobiety, prawda? Nie przypominam sobie, żebym kiedykolwiek widziała swojego partnera pląsającego z radości po udanych zakupach, co przyznaję, mi się czasem zdarza ;-) Ot niedostatki rodu męskiego ;p
 
Z Wenecji, prócz przepięknych wspomnień, przywiozłam maskę karnawałową, a jakże ;-) To swoiste novum, bo raczej rzadko przywożę z podróży coś innego niż herbaty, słodycze, czy inne lokalne specjały (w odróżnieniu od Adama, który zwykle przywozi mapy), natomiast maski były tak cudne, że najchętniej przywiozłabym nie jedną, a przynajmniej z dziesięć.
 
Maska ;-)
 
Wiem, że daleko jej do tradycyjnej, wykonywanej z papier-mache, weneckiej maski, ale cóż, ta urzekła mnie najbardziej ;-) 


Łupy z salonu Kiko
 
Odwiedzając Włochy nie mogłam nie wstąpić do salonu Kiko i przyznaję, gdyby nie tłumy okupujące go z równym mojemu zapałem, na tych zakupach pewnie by się nie skończyło, a tak porwałam co wpadło mi w ręce i czym prędzej opuściłam ten przybytek rozpusty ;-)


Weltbildowe zdobycze ;-)

Tuż przed wyjazdem złożyłam zamówienie w sklepie Weltbild, korzystając z promocyjnych cen książek (9.9 plus co czwarta za złotówkę) i voila! zamówienie zrealizowane.

Ciekawa jestem, który z zakupów najbardziej przypadł Wam do gustu? ;-)


wtorek, 16 października 2012

Naturelle d'Argan, Ochronny krem na dzień

Ochronny krem na dzień francuskiej marki Naturelle d'Argan to kolejny kosmetyk ekologiczny, który na stałe już chyba zagości w mojej kosmetyczce.  Producent kusi zawartością dobroczynnego oleju arganowego, bogatego w chroniące skórę przed utratą elastyczności kwasy tłuszczowe Omega 6 i Omega 9, neutralizującą szkodliwe działanie wolnych rodników witaminę E oraz naturalne antyoksydanty, jakimi są polifenole.
  
Naturelle d'Argan, Ochronny krem na dzień

Krem zamknięto w praktycznej miękkiej tubie o sporej pojemności, bo aż 40 ml. Lekka i zwarta konsystencja sprawia, że krem błyskawicznie się wchłania, do przyjemnego matu. Cierpki i trudny do zidentyfikowania zapach jest dość specyficzny, ale na tyle szybko ulatnia się ze skóry, że nie stanowi żadnej niedogodności, przyznam, że mi nawet odpowiada.

Kosmetyk nakładam codziennie rano, czasem solo, czasem wspomagam go innym, w zależności od aktualnych potrzeb skóry. Nawilża przyzwoicie, choć akurat w tym temacie znam lepsze specyfiki, ale to, za co cenię go najbardziej to efekt napiętej i ujędrnionej skóry o równomiernym zdrowym kolorycie.  Po dłuższym czasie regularnego stosowania, co nie jest trudne, bo krem jest bardzo wydajny,  mam wrażenie, że poprawiła się gęstości skóry.

Mimo zawartości oleju arganowego (a w mojej świadomości oleje na twarzy to zło ;p) nie zapycha porów, co jest dla mnie bardzo ważne, bo akurat moja skóra jest w tym względzie bardzo kapryśna.

Świetnie nadaje się jako baza pod makijaż; skóra po aplikacji kremu jest miękka i gładka, dobrze przygotowana do nałożenia podkładu,  a i mat utrzymuje się dłużej niż zwykle. 
 
Naturelle d'Argan, Ochronny krem na dzień

Zgodnie z założeniami firmy, kosmetyki Naturelle d'Argan nie zawierają parabenów, fenoksyetanolu i silikonów. Wszystkie posiadają certyfikat ECOCERT, a ich opakowania podlegają recyklingowi.

Podsumowując, zwykle wzbraniam się przed włączaniem w pielęgnację skóry twarzy kosmetyków z zawartością jakichkolwiek olejów, ale przy tym kremie na pewno zostanę dłużej, być może skuszę się również na resztę linii - zarówno efekt jak i ideologia odpowiadają mi w zupełności.

Kosmetyki Naturelle d'Argan są do nabycia w aptekach, na stronie producenta można znaleźć informację o konkretnych placówkach. Ze swojej strony naprawdę polecam :-)



Skład: Olej arganowy, olej Makadamia, olej z oliwek, masło Shea, woda z rumianku, bez parabenów, bez fenoksyetanolu, bez silikonu, bez syntetycznych środków zapachowych, wolne od GMO. (za stroną internetową producenta, jeśli ktoś jest ciekawy mogę przepisać dokładny skład z opakowania)


poniedziałek, 15 października 2012

Moja Wenecja ;-)

Urodziny to dobra rzecz, zwłaszcza kiedy mogę je świętować w tak pięknym miejscu jak Wenecja. Żadna data wtedy mi nie straszna, nawet ta nieprzyzwoicie okrągła ;-)

Gondole na Canal Grande


Ma się ten wiek - lwy dożów jadły mi z ręki ;p


Krzywe kampanile to nieodłączny element weneckiej panoramy...


... podobnie jak maski ;-)


Most Rialto


Włocha przygarnę, koniecznie z miejscówką w kanale ;-)


Dziedziniec pałacu dożów
 
 
Mówiłam już o tym Włochu? :D


Jedna z wysp laguny weneckiej


Ulubieńcy jesieni


Wieczorne Murano 


I tak do znudzenia :)


Most złotników we Florencji ;-)
 
 
Widok z naprawdę Krzywej Wieży na bazylikę w Pizie ;-)


Riomaggiore

Biję się w piersi, nie sądziłam, że Wenecja jest taka piękna,  ona i miejsca, które korzystając z okazji odwiedziliśmy; Bolonia, Florencja, Piza czy La Spezia -  wszystkie oszałamiają, każde na swój sposób i zawsze wyjątkowy.

Jeśli o mnie chodzi, każde urodziny mogę spędzać w ten sposób ;-))
 

wtorek, 9 października 2012

Jesienna kuracja kwasami z Biochemią Urody

Odkąd około dwa lata temu odkryłam dobrodziejstwo kwasów złuszczających o zbawiennym wpływie na moją skórę, zarówno jeśli chodzi o jej oczyszczanie, rozjaśnianie jak i profilaktykę antystarzeniową, jesień oznacza dla mnie początek takiej właśnie kuracji. Metodą prób i błędów znalazłam dla siebie dwa kosmetyki, które w zupełności spełniają moje oczekiwania - jeden z nich to opisywany już przeze mnie krem Bandi, a drugi to Tonik z  kwasami AHA/BHA 10%, z Biochemii Urody.
 

Biochemia Urody, Tonik z kwasami AHA/BHA 10%
 
Biochemia Urody to sklep internetowy, w którym można zaopatrzyć się w półprodukty i surowce naturalne, służące do samodzielnego wyrobu kosmetyków. Dla ułatwienia - i dla takich leniuchów jak ja - sklep oferuje gotowe zestawy wraz ze wsparciem w postaci bardzo dokładnej instrukcji wykonania, dzięki czemu samodzielne ukręcenie dowolnego niemal kosmetyku przestaje być wyzwaniem, a zamienia się w przyjemną zabawę w małego chemika ;-)
 
Bazą toniku jest hydrolat lawendowy, o antyseptycznych i łagodzących podrażnienia właściwościach, wzmocnionych przez dodatek ekstraktu z rozmarynu.   Za efekt złuszczajacy odpowiadają kwasy - 8% kwas mlekowy (AHA) i 2% kwas salicylowy (BHA).  Dzięki wzbogaceniu toniku o obecność składników nawilżających  kosmetyk nie wysusza skóry.  W zestawie brakuje alkoholu, który odpowiada za całkowite rozpuszczenie kwasu salicylowego i trwałość gotowego kosmetyku, na szczeście jego udział procentowy w toniku jest niewielki - zaledwie 6,5%.  Formuła produktu ma charakter samo-konserwujący. Cena zestawu - ok 19 zł, plus ewentualny koszt zakupu spirytusu rektyfikowanego 95%.
 

Zestaw do samodzielnego przygotowania toniku złuszczającego
 
Tonik skutecznie rozjaśnia lekkie przebarwienia pigmentacyjne i pomaga w likwidacji blizn potrądzikowych. Działa antybakteryjnie, przyspiesza gojenie się wyprysków, pomaga w oczyszczaniu porów skóry i w walce z zaskórnikami. Stosowany regularnie spłyca drobne zmarszczki, ponoć zwiększa też produkcję kolagenu skóry, ale akurat to ostatnie  trudno mi zweryfikować. Dzięki silnym właściwościom złuszczającym może być stosowany również w walce z wrastającymi po depilacjami włoskami. Słowem - tonik orkiestra! ;-)

Kosmetyk jest bardzo wydajny, mimo intensywnego używania w okresie jesienno-zimowym nigdy nie udało mi się wykorzystać go w całości  przed upływem daty ważności - 8 miesięcy od przygotowania. Z tego tytułu mam już trzecie opakowanie i na pewno nie ostatnie, jak na razie nie znam produktu, który równie szybko i skutecznie złuszcza skórę, nie czyniąc jednocześnie na niej spustoszenia ;-) Naskórek, w zależności od intensywności używania, zaczyna się złuszczać po trzech - czterech dniach, regularny peeling pomaga opanować sytuację. Oczywiście w trakcie kuracji złuszczającej pamiętajmy o filtrach przeciwsłonecznych!

Komu polecam? Wszystkim ;-) Tonik jest naprawdę świetny i tak jak większość samorobnych kosmetyków poszła u mnie w zapomnienie, tak do tego zawsze wiernie wracam.