czwartek, 30 sierpnia 2012

Kosteczki z Body Shop ;-)

Firma Body Shop podbiła mnie nie tylko bajecznymi zapachami kosmetyków do ciała, ale także pięknymi kolorami cieni do powiek, w tym przypadku kosteczek Shimmer Cubes. Posiadam je w czekoladowo-szampańskiej wersji kolorystycznej, oznaczonej numerem 06.

The Body Shop, Shimmer Cubes 06
 
Zestawień kolorystycznych jest więcej, ale na szczęście nie miałam problemu z wyborem, bo tylko to jedno mi się spodobało. Cienie są świetnie napigmentowane, dla wzmocnienia efektu można je stosować także na mokro, ale, wierzcie mi, i na sucho efekt jest wiecej niż zadawalający. Łatwo się blendują, a paletki skompletowane są tak, że kolory wzajemnie się uzupełniają. Cienie są trwałe, oczywiście baza znacznie im w tym pomaga, ale nawet bez niej nie mają tendencji do znikania w trakcie noszenia, jedynie u osób z skłonnością do przetłuszczania się skóry  mogą się zbierać w załamaniu powieki. 

Oryginalnie cienie umieszczone są w plastikowym zbiorczym opakowaniu, dodatkowo każda kosteczka jest zapakowana osobno, tak, że można ją wyjąć z paletki. Niby praktyczne, ale w efekcie  pudełka zbiorczego pozbyłam się już dawno. Cienie mają sporą gramaturę, bo aż 3,5 grama/kostka, co czyni je wiecznymi; głęboko wierzę, że umaluje się nimi kiedyś moja wnuczka ;-) Na plus - nie zmieniają konsystencji, cały czas są takie, jak świeżo po zakupie.

The Body Shop, Shimmer Cubes 06, swatch

Kolory to miks delikatnego różu, szarego brązu określanego taupe, głębokiej gorzkiej czekolady i szampańskiej brzoskiwini. Cienie są mocno błyszczące, ale na szczęscie nie w sposób przywodzący na myśl bazarowe skojarzenia.
 
The Body Shop, Shimmer Cubes 06, swatch

Można nimi wyczarować zarówno delikatny dzienny makijaż, jak i seksowny wieczorowy look.
  
Do kupienia w salonach The Body Shop i tradycyjnie na Allegro ;-) Miałyście? A właściwie o co ja pytam, jeśli miałyście, to albo się pozbyłyście, albo ciągle macie, bo zużyć tego nie sposób ;-) Chętnie poznam Wasze opinie na temat tych cieni :)

środa, 29 sierpnia 2012

ArtDeco, Puder fixujący

Recenzję Pudru fixującego od ArtDeco mogłabym właściwie zawrzeć w dwóch słowach - mały czarodziej ;-) Zdaję sobie jednak sprawę, że dla niektórych z Was byłoby to trochę za mało, postaram się więc pokrótce opowiedzieć w czym tkwi magia ;-)
 
ArtDeco Fixing Powder

Głównym i w sumie jedynym zadaniem tego pudru jest utrwalenie makijażu, w związku z tym nie ma on żadnych właściwości kryjących - jest transparentny, sam w sobie raczej też nie matuje, za to rewelacyjnie wydłuża czas działania użytego wcześniej pudru matującego. Puder jest bardzo drobno zmielony, dzięki czemu na skórze jest praktycznie niewidoczny.

Można go używać na całą twarz, bądź punktowo - utrwalić nim np. tylko korektor. Fixator sprawia, że makijaż staje się  wodoodporny (jeśli użyjemy kamuflażu ArtDeco - to informacja od producenta, ja nie testowałam go pod tym kątem) i odporny na ścieranie. Można go użyć także do utrwalenia cieni na oczach lub pomadki na ustach. Zgodnie z zaleceniem puder należy nałożyć grubą warstwą na twarz, po czym, po odczekaniu 5-10 minut, strzepnąć nadmiar pędzelkiem. Od razu przyznaję, że ja tak nie robię, raz, że moim zdaniem to niepotrzebne, a dwa, mocno zmniejsza wydajność kosmetyku. Makijaż utrwalam cienką warstwą pudru fixującego i działa.

Jedynym minusem jest opakowanie na kształt solniczki - mało wygodne i niepraktyczne. Jeśli chcemy nałożyć puder puszkiem, musimy wysypać go na jakąś podkładkę, trudno też z tak wąskiego opakowania zebrać go pędzlem. Brak jakiejkolwiek osłony sitka sprawia, że puder wysypuje się między sitko i zakrętkę, a po otwarciu osypuje poza opakowanie. Opakowanie mieści w sobie 10 g, co wbrew pozorom starcza na dość długo, puder jest wydajny, choć oczywiście sporo zależy od tego, jak go używamy. Cena to ok. 30-35 zł. Do nabycia m.in. w Douglasie.



poniedziałek, 27 sierpnia 2012

Islandia, część II

Islandia położona jest na zbiegu dwóch płyt tektonicznych, co wiąże się z dużą aktywnością wulkaniczną tego obszaru; obecność ponad 140 wulkanów sprawiła, że większość wyspy nie nadaje się do zamieszkania - widać to zwłaszcza wzdłuż drogi 26, która wiedzie przez interior. Zjawisko erozji jest na tyle silne, że ziemie te nie nadają się pod uprawę roślin, stąd około 3/4 obszaru Islandii to nieużytki.

F26 - droga przez interior

Aż po horyzont rozpościera się iście księżycowy krajobraz, pełen szarego gruboziarnistego piasku i kamieni, gdzieniegdzie pojawiają się małe zbiorniki wodne, z rzadka można zobaczyć jakieś ptaki, a w oddali migocze lodowiec.
 
Jęzor lodowca Hofsjokull

Na niektóre lodowce Islandii można wjechać samochodem, my w ostatniej chwili zrezygnowaliśmy, bo zaczął padać deszcz. Można też oczywiście się po nich przejść, okolice lodowców pełne są ogłoszeń wypraw reklamowanych jako dostępne dla każdego ;-)
 
Stożek wulkanu Hverfjall

Drogą 26 dotarliśmy do Myvatn, które jest obowiązkowym punktem na trasie każdego chyba turysty i nic dziwnego, nie można się tu nudzić. Jedną z licznych atrakcji jest możliwość wspięcia się na niewielki stożek wygasłego już wulkanu Hverfjall.
 
Hverir

Inną - okolice Námaskarð. Niestety nie było mi dane w pełni docenić uroku tego miejsca, pełnego gorących źródeł, fumarol i bulgoczacego błota, z dość prozaicznego powodu - zapachu. Woń zepsutych jajek to zdecydowanie to, z czym nie jest mi po drodze.
 
Krafla

Parę kilometrów dalej można podziwać prawdziwie postapokaliptyczny krajobraz - morze lawy z różnych okresów erupcji, buchające spod ziemi pióropusze syczącej pary, gorące źródła - naprawdę, widok nie z tej ziemi ;-)
 
Dettifoss

Kolejny wodospad na naszej trasie jest wyjątkowy nie tylko dlatego, że jest najpotężniejszy w Europie, ale także dlatego, że przelewająca się przezeń woda jest brunatna. Większość wód na Islandii ma mleczno-seledynowe zabarwienie.
 
:)


Asbyrgi 

Wąwóz Asbyrgi - jedno z najbardziej magicznych miejsc na wyspie. Powstało na skutek erupcji wulkanu pod lodowcem - ciśnienie stopionej pod pokrywą lodowca wody było tak wielkie, że w końcu przebiła ona lód i wytrysnęła na powierzchnię wymywając pumeks i piach spomiędzy wielkich bloków bazaltu. Naukowcy przyjmują, że  wąwóz powstał w mniej niż 3 dni. Zjawisko to ma swoją nazwę - Jokulhlaup.

Topniejący jęzior lodowca

Odrywajace się od jęzorów lodowca kry robią niesamowite wrażenie. Udało nam się zobaczyć kilka takich miejsc, i nie ukrywam - zjadłam kawałek lodowca!
 
Błękitny kawałek lodowca ;)

Kilometrowe pola lawy, porośnięte miękkim zielonym mchem to jedna z moich ulubionych twarzy Islandii.


Pola lawy

Z uwagi na wezbrane po deszczach rzeki zrezygnowaliśmy z zobaczenia wulkanicznego stożka Askji, w zamian  wybraliśmy się w okolice najbardziej śmiercionośnego wulkanu Islandii - Laki. Trwająca kilka miesięcy (1783-84) erupcja wulkanu przyniosła śmierć ok. 10 000 ludziom i przyczyniła się do znacznych zmian klimatycznych na kontynencie.

Jedna z licznych szczelin wulkanu Laki

W skład wulkanu wchodzi ok. 130 szczelin.

Maskonury

Jednym z wielu celów naszej podróży było polowanie (na szczęście tylko obiektywem ;-) na maskonury. Te urocze ptaki, zwane przez nas pieszczotliwie puffinami, totalnie podbiły nasze serca ;-) Nie tylko one zresztą, latem Islandia jest  rajem dla milionów ptaków, które mają tu swoje stanowiska lęgowe i  wierzcie mi - widać i słychać to na każdym kroku (no może poza interiorem ;-)
 
 Dyrholaey w oddali

Dyrhólaey to świetne miejsce do obserwowania nie tylko maskonurów, ale i wielu innych ptaków. Kolonie skrzydlatych istot opanowały ściany klifu  i okoliczne czarne plaże; trudno utrzymać powagę na widok kroczących z godnością malutkich kaczuszek, co rusz zaskakiwanych przez fale oceanu ;-).

Dementuję - nie jestem ruda ;-)

Niewątpliwym urokiem islandzkiego lata jest długość dnia, chciałoby się rzec, nieskończona ;) W lipcu zmierzch zapada w okolicach pierwszej w nocy i tak trwa do ok. 3 nad ranem. Wciąż jednak trudno to nazwać nocą.

Powrót do gniazda z dziobem pełnym jedzenia

Nie tylko my upodobaliśmy sobie maskonury; są one także maskotką Islandii. By móc w pełni rozkoszować się ich towarzystwem popłynęliśmy na Wyspy Vestmannaeyjar, gdzie w okolicach ich kolonii są świetnie przygotowane stanowiska dla fotografów :)

To oczywiście tylko parę obrazów z naszej podróży po Islandii, nie sposób tu jednak pokazać wszystkiego - gdybyście miały jakieś pytania zapraszam do kontaktu, pomogę jak tylko będę mogła :)

ps. Islandię możecie popodglądać także i tutaj: klik!


 

piątek, 24 sierpnia 2012

Islandia, część I

Od paru(nastu;-) dni zbieram się, by pokazać i opowiedzieć Wam co nieco o Islandii, ale ilość zdjęć, które zrobiliśmy sprawiała, że temat wydawał mi się nie do ogarnięcia. Ostatecznie parę wybrałam i mam nadzieję, że uda mi się przekazać zarówno słowami, jak i zdjęciami choć odrobinę magii tego kraju ;-) By jednak nie zmęczyć Was mnogością fotografii, postanowiłam podzielić post na dwie części.

Na podróż wybraliśmy lipiec, z uwagi na stosunkowo niedużą - jak na Islandię - ilość opadów i rzeczywiście, nie licząc dwóch - trzech deszczowych dni, pogoda była raczej udana. Ponieważ naszym celem był głównie interior, zdecydowaliśmy się wypożyczyć kolejno dwa samochody - terenowy na 10 dni i na pozostałe 4 osobowy. Wynajem samochodu na Islandii  należy do najdroższych w Europie, ale jeśli przyjrzeć się bliżej ofertom lokalnych wypożyczalni można zejść poniżej 100 € za dzień (samochód terenowy wypożyczyliśmy  z Adventure Car Rental, osobowy z Nordic Car Rental) Z ciekawostek - w każdym miejscu wyspy można płacić kartą, a większość stacji paliw jest samoobsługowa.

Oxafoss, Thingvellir

Początek naszej podróży to okolice Thingvellir - historycznego miejsca, w którym po raz pierwszy zebrał się parlament Islandii. Na pierwszym zdjęciu wodospad Oxafoss...

Gullfoss - Złoty Wodospad

... na drugim znacznie większy Gullfoss. Zadziwiająca jest dla mnie wiara Islandczyków w rozsądek turystów; od tego wodospadu, jak i od innych, znacznie większych, pełnych spienionych mas wód, pędzących z ogromną prędkością i spadających w dół z niewyobrażalną siłą, nie oddziela ludzi praktycznie nic, czasem zdarzy się jakaś prowizoryczna sznurkowa barierka, ale najczęściej jest właśnie nic ;-)
 
Gygiarfoss

Po pobieżnym zwiedzeniu Złotego Kręgu (czyli skupiska atrakcji wzdłuż obwodnicy kraju, dostępnych dla masowej turystyki) ruszyliśmy w stronę wygasłego wulkanu Kerlingarfjöll, do którego powiodła nas najgorsza chyba podczas tej podróży droga F35 - na szczęście torturę kilkugodzinnych wstrząsów na powierzchni o strukturze tarki z powodzeniem umilały nam widoki jak na zdjęciach -  powyżej i poniżej.
 
Kerlingarfjöll

Kerlingarfjöll to obszar wulkaniczny pełen fragmentów topniejącego lodowca i fumaroli, czyli wydobywających się z ziemi gazów i pary wodnej; jeśli mamy szczęście - o zapachu gotowanych jajek, jeśli trochę mniej - zepsutych ;-) Zapach gotowanych jajek zaskoczy nas także pod prysznicem - woda na wyspie pozyskiwana jest ze źródeł geotermalnych, stąd specyficzny zapach i śliskość w dotyku.
 
Droga F208

Kolejna trasa to jednocześnie najbardziej widowiskowa i, ze względu na mnogość rzek do przekroczenia, jedna z najtrudniejszych dróg - F208 - szczerze polecam, dla takich widoków warto się zmierzyć z każdą rzeką!
 
Jezioro Langisjor - w tle lodowiec Vatnajokull

Jeszcze w Polsce, na Google Earth, Adam wyhaczył cel absolutnie warty zboczenia z trasy i oto on - jezioro Langisjor ;-)
 
Widok z gór na jezioro Langisjor

Długie na ponad dwadzieścia kilometrów, mimo czarnego piasku niesamowicie przejrzyste, w przepięknej górzystej okolicy, z ciszą z rzadka przerywaną odgłosami ptaków - prawdziwy Raj.
 
Mój Bohater ;-)

Jedna z kilkunastu, a może kilkudziesięciu rzek na trasie, szybko straciliśmy rachubę - rzeka na tyle płytka, że Ad zrobił kilka kursów w tę i z powrotem, cobym uwieczniła te bohaterskie wyczyny ;-)
 
Sielanka ;-)

Na Wyspie jest ponad 700 000 owiec (ilość mieszkańców Islandii - ok. 310 000), z nadejściem wiosny są one wypuszczane na islandzkie łąki i niełąki i tak się pasą aż do jesieni, kiedy to są z powrotem spędzane do zagród, w czasie tradycyjnego święta rettir  ;-)
 
F208

Widowiskowość trasy sprawiała, że ilość fotostopów mieliśmy nieograniczoną ;-)
 
Landmannalaugar

Cel naszej podróży drogą F208 to Landmannalaugar; naturalny rezerwat usadowiony w połowie drogi między wulkanami Laki i Hekla, pełen barwnych formacji lawy i zbiorników wodnych. Wielce obiecująca nazwa 'łaźnia ludzi lądu' nie zawodzi - można się tu wykąpać w naturalnie gorących źródłach ;-)

Ryolitowa góra

Na zdjęciu charakterystyczne dla Landmannalaugar góry ze skrystalizowanej skały magmowej, przybierającej przedziwne kolory - od żółtego, przez czerwonawe, niebieskie i fioletowe, aż po zielone. 

Landmannalaugar - piasek, lawa, jezioro i fumarole

Aż trudno uwierzyć, że tak zjawiskowy krajobraz jest dziełem niszczycielskiej siły wulkanów, a pełna fantastycznych barw ziemia jest w rzeczywistości jałową pustynią, na której z trudem wyrasta rzadka roślinność.

Na dziś to tyle, wkrótce kolejna część zdjęć, a ja mam nadzieję, że po ich obejrzeniu Islandia zauroczy Was tak jak mnie ;-)



czwartek, 23 sierpnia 2012

Dior, Stylish Move

Mam spory sentyment do cieni Diora, choć, zważywszy na stosunek ich jakości do ceny, nie bardzo wiem, z czego ów sentyment wynika. Może stąd, że diorowe piątki były moimi pierwszymi wysokopółkowymi cieniami?  Od tamtego czasu sporo ich przewinęło się przez moją kosmetyczkę, ale ostatecznie zostały ze mną dwa zestawy kolorystyczne (póki co ;-) i jeden z nich chciałam Wam dziś pokazać, jako że jest moim ulubionym i stosunkowo często po niego sięgam, choć może nie tyle w sezonie letnim, co jesienią i zimą, bądź po prostu wieczorem.
 
Dior, Stylish Move

Zestawienie kolorystyczne cieni w paletce Stylish Move odpowiada mi najbardziej ze wszystkich znanych mi piątek, także do ich trwałości nie mam zastrzeżeń - na bazie są nie do zdarcia, a i bez bazy nieźle się trzymają powieki. Odnośnie  pigmentacji uważam, że Dior mógłby wysilić się nieco bardziej, przy jasnych cieniach trzeba się trochę namachać, by efekt był czymś więcej, niż tylko wrażeniem koloru ;-) Cienie o przyjemnej i nieco kremowej konsystencji dobrze się blendują, dzięki czemu można się nimi bawić do woli, korzystając z wszystkich pięciu kolorów. Za co jednak lubię je najbardziej? Za wykończenie - satynowe, i trudno mi znaleźć bardziej trafne słowo niż - luksusowe.


Dior, Stylish Move - swatche
 
Paleta jest bardzo wydajna, mam ją od dawna, cieni używam w miarę regularnie i jak widać wiele ich nie ubyło. Opakowanie - klasyczne dla Diora - utrzymane w głębokogranatowej kolorystyce, solidne i eleganckie. Do cieni dołączono całkiem przyzwoite pacynki, lusterko i welurek. Jedynym wyraźnym minusem jest cena - w Sephorze grubo ponad 200 zł, na szczęście istnieją promocje i alternatywne źródła zakupów. Czy polecam? Trudno powiedzieć, nie sądzę, by były to cienie, bez których nie można żyć, ale na pewno to życie uprzyjemniają ;-)


wtorek, 21 sierpnia 2012

Sanoflore, maska oczyszczająca

Bardzo lubię wszelkiego rodzaju oczyszczające maseczki do twarzy, to jedne z tych kosmetyków, dla których zawsze znajdzie się miejsce w mojej kosmetyczce. Jakiś czas temu przemiła Wizażanka wysłała mi trochę swojej Maski oczyszczającej z glinką, Sanoflore do przetestowania - spodobała mi się ona na tyle, że szybko kupiłam własne pełnowymiarowe opakowanie maski, ba! mam już nawet jej zapasy ;-)

Co obiecuje nam producent?

Dzięki zawartości glinki o naturalnych właściwościach wchłaniających, maseczka delikatnie oczyszcza skórę, ogranicza jej nadmierne błyszczenie, zwęża pory i wygładza powierzchnię skóry. Skóra jest promienna, oczyszczona od wewnątrz i zmatowiona na powierzchni.


Sanoflore, Maska oczyszczająca z olejkiem eterycznym z Trawy Cytrynowej Bio
I co ja na to? Zgadzam się z nim w każdym punkcie, wszystkie obietnice nie tylko są spełnione, ale wraz z regularnym stosowaniem maski efekty utrwalają się, sprawiając, że nasza skóra jest czysta, gładka i promienna,  a pory wyraźnie zwężone. Dodatkowo mam wrażenie, że z czasem maska lekko rozjaśnia skórę, potęgując tym samym wrażenie świeżości i promienności.

Maseczkę dostajemy w gotowej już formie bardzo gęstej pasty, którą z łatwością wydobędziemy z praktycznego pudełka. Rozsmarowana na twarzy nie zastyga prawie wcale (chyba, że nałożymy naprawdę cienką warstwę), dzięki czemu łatwo ją zmyć, a nawet zetrzeć wacikiem. Zostawiona na czas dłuższy niż sugerowane przez producenta 5 - 10 minut nie podrażnia skóry, ani też nie powoduje uczucia ściągnięcia. Proponowana na opakowaniu  częstotliwość stosowania maseczki to przynajmniej raz w tygodniu, ja sięgam po nią znacznie częściej, również z tego powodu, że stosowanie jej jest łatwe, szybkie i przyjemne, dodatkowo w odróżnieniu od inych glinkowych maseczek, ta nie generuje żadnego bałaganu.
 

Sanoflore, Maska oczyszczająca  z olejkiem eterycznym z Trawy Cytrynowej Bio

Objętość maseczki - 100 ml, tylko z pozoru jest niewielka, w praktyce, dzięki sporej  wydajności, okazuje się, że opakowanie starcza nam na długo, a nienajniższa cena produktu (od ok. 30 do 40 zł) okazuje się być do przełknięcia. Kosmetyki Sanoflore najłatwiej kupić w aptekach lub w Sieci. Jedyny minus jaki  znalazłam to brak folii zabezpieczającej pod nakrętką, nie umiem się pozbyć natrętnych wizji paluchów ciekawskich grzebaczy, którzy być może zajrzeli do maseczki przede mną ;) Nic  to, mam nadzieję,  że  z czasem  producent pomyśli  i o tym.

Podsumowując - polecam, to jedna z lepszych maseczek, z jaką miałam do czynienia.

sobota, 18 sierpnia 2012

Chanel, Illusion D’Ombre

Szukając natchnienia w moim kuferku kosmetycznym przypadkiem natknęłam się na zapomniany cień od Chanel. Od razu pomyślałam, że szkoda, że tak rzadko po niego sięgam, bo można za jego pomocą wyczarować prawdziwe cuda na powiece, a wszystko to w zaledwie parę sekund ;-)
 
Chanel, Illusion D’Ombre

Cienie Illusion D’Ombre weszły do kolekcji Chanel jesienią zeszłego roku i od razu podbiły rynek. Nic dziwnego, zarówno kolory, jak i konsystencja są więcej niż zadawalające. Nie zachwyca jedynie cena - ok. 130 zł za pojedynczy cień - ale od czego jest Allegro i ewentualne promocje w Sephorze ;-)


Chanel, Illusions D’Ombre

Do wyboru mamy kilka fantastycznie skrzących kolorów, ja po długich namysłach i rozmyślaniach ostatecznie skusiłam się na fioletowy (a to ci niespodzianka :p) - Illusoire. Cień ma konsystencję musu, co sprawiło, że początkowo podchodziłam do niego z dużym sceptyzmem; dotychczasowe doświadczenia mówiły mi, że cienie w takiej formie nie grzeszą trwałością, lubią się rolować i generalnie nie należą do moich ulubionych. Jak jest z tym? Podobnie, ale na szczęście nie do końca. Cień nałożony na gołą powiekę trwa w dobrym stanie kilka godzin, potem zaczyna się lekko zbierać w załamaniu powieki, ale intensywność koloru pozostaje bez zmian. Jeśli pod cień użyjemy bazy, bądź zafiksujemy go cieniem, czy nawet delikatnym drobnozmielonym pudrem, najlepiej transparentnym, by nie gasić koloru cienia, jest w stanie  przetrwać w niezmienionym stanie długie godziny. Dołączonym do cienia pędzelkiem można wyczarować na powiece piękną kreskę.


Chanel, Illusions D’Ombre - Illusoire - swatch

Kolor - co mam nadzieję, udało mi się uchwycić na zdjęciu - zachwyca milionem drobnomigoczących iskierek. W zależności od roztarcia jest bardziej lub mniej intensywny. Pod wpływem światła pięknie się mieni i połyskuje tworząc taflę niejednoznacznego koloru. Efektownie otwiera oko, świetnie sprawdza się kiedy nie mamy czasu na makijaż, a chcemy podkreślić spojrzenie. Jest wydajny, a w miarę upływu czasu nie zmienia konsystencji. Przyznaję, chętnie skusiłabym się na jeszcze jeden, może dwa kolory - jestem tym cieniem zachwycona, oczywiście pod warunkiem, że pamiętam, że go mam ;-)




piątek, 17 sierpnia 2012

Klorane, Szampon z mango

Z lekką nostalgią wspominam czasy, kiedy skórze mojej głowy były obojętne na to, jakiego szamponu używam. Niestety od paru lat większość massmarketowych szamponów powoduje u mnie swędzenie głowy, co zmusiło mnie do zainteresowania się produktami aptecznymi. Różni ich przedstawiciele przewinęli się przez moją łazienkę, póki co żadnemu nie udało się zagrzać  miejsca  na dłużej (chlubnym wyjątkiem zdaje się być szampon do włosów farbowanych firmy Farmona - Radical, do którego od czasu do czasu wracam) - czy z używanym przeze mnie od paru miesięcy Klorane będzie inaczej?
 

Klorane, Szampon odżywczy na bazie wyciągu z mango (na zdj. miniaturka)

Szampon odżywczy na bazie wyciągu z mango kupiłam skuszona obietnicą nawilżenia i odżywienia moich przesuszonych farbowaniem i częstym korzystaniem z prostownicy włosów. Kosmetyk ma odbudować i odżywić strukturę włosa, zamknąć łuski, wypełnić uszkodzenia płaszcza hydrolipidowego, a włosy dzięki temu mają stać się mniej łamliwe, a także powinny odzyskać miękkość i połysk. Tyle obietnic producenta ;-)

Co ja na to? Po użyciu szamponu włosy na pewno wyglądają na mniej suche, łatwiej się rozczesują, są miękkie i miłe w dotyku. Dodatkowo na głowie pojawiło się mnóstwo tzw. baby hair, choć nie wiem, czy to zasługa szamponu, czy może innych czynników, których działania nie skojarzyłam. Szampon jest delikatny (mimo, że jak czytałam, najlepszym składem nie grzeszy), nie podrażnia skóry głowy. Pachnie obłędnie, dokładnie tak jak pachną owoce mango, słodko i żywicznie. Pieni się całkiem mocno.

Minusem jest to, że po początkowym zachwycie wow! jak ten szampon odżywia moje włosy, mam wrażenie, że z czasem przyspiesza ich przetłuszczanie się. Nie jest to jakoś mocno dla mnie problematyczne, ale może przeszkadzać. Kolejnym minusem jest cena, 200 ml (dostępny jest również w opakowaniu 400 ml i, jak widać na zdjęciu, w formie miniaturek) szamponu kosztuje, w zależności od apteki, od ok. 25 do 40 zł. Cenę rekompensuje nieco wydajność - szampon jest dość gęsty i już odrobina wystarczy, by dobrze umyć włosy.

Podsumowując, mimo, że jestem z niego zadowolona, to nie wiem, czy zotanie ze mną na czas dłuższy, niż ten potrzebny do wykończenia jednego opakowania. Być może jeśli znajdę go gdzieś w promocyjnej cenie, to kupię ponownie, a póki co dalej poluję na szampon idealny ;-)

Ps. Przyznam, że ciekawa jestem innych szamponów Klorane, opinie w Sieci są różne - miałyście któryś z ich oferty, polecacie?



czwartek, 16 sierpnia 2012

Japonesque w akcji ;-)

Daawno, daawno temu obiecałam Wam recenzję termicznej zalotki Japonesque ;-) Trochę to trwało zanim znalazłam rzęsy godne obfocenia, ale proszę - oto są.

Okazuje się, że zrobienie zdjęć, na których widać podkręcenie wcale nie jest takie proste (zwłaszcza jeśli modelka ma naturalnie lekko wywinięte rzęsy, pozazdrościć!), no ale mam nadzieję, że co nieco uda Wam się zobaczyć.


Prawe oko - rzęsy z użyciem zalotki, lewe oko - bez zalotki


Prawe oko - rzęsy z użyciem zalotki, lewe oko - bez zalotki


Prawe oko - rzęsy z użyciem zalotki, lewe oko - bez zalotki

Tusz na rzęsach to Maybelline, Colossal Volum' Express -  jedna cienka warstwa.

Zalotkę można używać w trojaki sposób:

- podwinąć nieumalowane rzęsy, następnie nałożyć na nie tusz

- umalować rzęsy tuszem, a następnie podwinąć je zalotką

- nałożyć jedną warstwę tuszu, użyć zalotki, po czym ponownie umalować rzęsy.

Sposób trzeci jest moim ulubionym, głównie z tego względu, że czasem zdarza się, że zalotka ściąga trochę tuszu z rzęs. Nie dzieje się tak zawsze, podejrzewam, że wiele zalezy od samego tuszu, niemniej opisana przeze mnie metoda pozwala minimalizować straty ;-)

Zalotka ładnie wywija rzęsy, a temperatura do jakiej się nagrzewa jest na tyle nieduża, że choć odczuwamy ciepło na powiece, to nie grozi nam to w żadnym razie poparzeniem, ani tym samym uszkodzeniem rzęs. Skręt jest stosunkowo trwały, a podwinięte rzęsy ładnie otwierają oko, powiększając je optycznie.

Zalotkę należy włączyć jakieś 15 sekund przed użyciem. Dołączona do zestawu bateria starcza na długo.

Polecam, praca z zalotką Japonesque jest szybka, łatwa i przyjemna :)




poniedziałek, 13 sierpnia 2012

Korres, Lip Butter

W temacie pielęgnacji ust mam swojego ulubieńca i od lat jest nim balsam Tisane w słoiczku, jednak od czasu do czasu nachodzi mnie ochota na coś innego. Jakiś czas temu mój wybór padł na koloryzujące masełko greckiej marki kosmetycznej Korres - spośród kilku dostępnych wersji takich jak jaśmin, śliwka, dzika róża, mango, guana, granat i pigwa wybrałam tę ostatnią, głównie ze względu na śliczny delikatnie różowawy kolor.


Balsam zapakowany jest w miły dla oka kolorowy kartonik. Wewnątrz tektury nadrukowano filozofię marki.


Opakowanie jest zgrabne i praktyczne, na ile praktyczny może być słoiczek, z którego zawartość musimy wydobywać palcami. Między nakrętką a słoiczkiem znajduje się dodatkowa plastikowa osłonka, mało przydatna i właściwie nie wiadomo czemu służąca. 


Zgodnie z ideą marki produkty pielęgnacyjne Korres cechują się wysoką zawartością aktywnych wyciągów roślinnych (masełko zostało wzbogacone masłem shea i woskiem ryżowym) i niską zawartością potencjalnie drażniących syntetycznych składników, takich jak olej mineralny i silikon. Czy tak jest rzeczywiście nie umiem ocenić,  natomiast z całą pewnością mogę napisać, że rzekomo pielęgnujące właściwości masełka są grubo przesadzone - kosmetyk owszem, nawilży i zabezpieczy usta przed chłodem, mrozem, czy słońcem, ale na pewno nie poratuje już wysuszonych i spierzchniętych warg. 


Właściwości koloryzujące są delikatne, ale wyraźne - masełko nadaje ustom śliczny kolor z subtelnym połyskiem. Efekt utrzymuje się na ustach jakiś czas, choć oczywiście niezbyt długi, ale w końcu to balsam, a nie szminka typu long lasting, więc nie mam zastrzeżeń. Zapach nieokreślony, raczej przyjemny, smaku brak. Konsystencja miękka, zgodnie z nazwą - maślana.

Czas na zużycie masełka to 24 miesiące, co zważywszy na jego gramaturę - 6 g i wydajność nie powinno być problemem. Podsumowując, relacji jakości masełka do jego regularnej sephorowej ceny (49 zł)  mówię nie, ale jeśli uda się Wam kupić je w promocji (tak jak mi) to z pewnością będziecie zadowolone i uznacie je za miły i przydatny gadżet :)



Ingredients - Quince:

Polybutene, Trimethylolpropane Triisostearate, Hydrogenated Polydecene, Hydroxystearic Acid, Polyethylene, Stearalkonium Hectorite, Propylene Carbonate, Polyglyceryl-3 Diisostearate, Sucrose Tetrastearate Triacetate, Dicalcium Phosphate, Tocopherol,Aroma (Flavor), Helianthus Annuus (Sunflower)Seed Oil,Ascorbyl Palmitate,ChaenomelesJaponica Seed Extract, Oryza Sativa Cera (Oryza Sativa (Rice) Bran Wax), Butyrospermum Parki(Shea Butter) Extract, Tocopheryl Acetate, Linalool, Limonene, CI 77891 (TitaniumDioxide), CI 15850 (Red 7 Lake), CI 77491 (Iron Oxides).

niedziela, 12 sierpnia 2012

W wolnym czasie ;-)

Zupełnie niespodziewanie miniony weekend upłynął nam nieco ornitologicznie ;-) Wpierw w sobotę, podczas wycieczki rowerowej po Półwyspie Helskim, uchwyciliśmy biesiadujące nad Zatoką stado wróbli...
 
stadko wróbli
 
czyżby parka?

niby niepozorny, a taki uroczy

...a w niedzielę wybraliśmy się do Godziszewa na pokaz sokolnictwa:


myszołowiec

śliczna sówka płomykówka

sowie dziecko - puszczyk ma zaledwie 3 miesiące


puchaty ;-) puszczyk

A to tylko kilka z ptaków, które mieliśmy okazję podziwiać. Jeśli będziecie w okolicy Godziszewa serdecznie polecam - sokolnik bardzo ciekawie o nich opowiada, a same ptaki są niemal na wyciągnięcie ręki, choć oczywiście lepiej - zarówno dla nas jak i dla nich -  ich nie dotykać. My na pewno pojawimy się tam jeszcze nie raz ;-)