piątek, 29 czerwca 2012

Piękna Panna Młoda...

...czyli zabaw z makijażem ciag dalszy, z Kirą w roli modelki ;-)



  



Teraz pozostaje mi tylko ogłosić nabór na Księcia, o!



czwartek, 28 czerwca 2012

Milaszek :)

Od ponad tygodnia mamy w domu kolejnego małego kotka, tym razem czarnego ;) Kociak trafił do nas z bardzo chorym oczkiem, na szczęście z dnia na dzień jest coraz lepiej, w związku z czym maluch ma mnóstwo energii, wszędzie go pełno i broi coraz bardziej ;-)

Kociątko trafiło do nas jako zdeklarowany dzikusek, ale z gatunku tych, co i bardzo by chcieli i jednocześnie boją się zaufać; objawiało się między innymi tym, że zmykając spod naszych rąk mruczał i prychał na przemian. Dziś wystarczy się do niego odezwać, by rozpoczął intensywne mruczando ;-)

Milaszek

Ma śliczne futerko, z pozoru czarne, a tak naprawdę brązowe w czarne prążki. Pierwszy raz widzę tak umaszczonego kota :) Jak każdy kot ma dwoistą naturę, z jednej strony pieszczoch, z drugiej bezwzględny egzekutor - jego ulubioną zabawą jest eksmitowanie pluszowych misiaków z wiklinowego kosza ;-)

Długo zastanawiałam się nad imieniem dla malucha, propozycję Adama, coby nazwać go Krecik, bo i czarny i ślepy zignorowałam, udając, że nie słyszę radosnego Ahoj!, ostatecznie kotek ze wględu na uroczy charakter został nazwany Milaszkiem ;-)

środa, 27 czerwca 2012

Pomarańczowe cudo od AnneMarie Börlind

Nie lubię olejków, ani żadnych olejkopodobnych kosmetyków w pobliżu swojej twarzy. Mam jeża psychicznego na samą myśl o tym, że coś tak tłustego zbliży się do mojej skóry, na pewno zaraz zapcha mi pory i w ogóle straszne rzeczy na niej poczyni. Dlaczego zatem skusiłam się na zakup Dwufazowego koncentratu rewitalizujacego AnneMarie Börlind? Ano słaba ze mnie istota, w dodatku podatna na kuszenie, zwłaszcza, że z  każdego niemal kąta Sieci wychyla się entuzjastyczna recenzja, wzbogacona o peany na temat zapachu. Miesiące całe się opierałam, a i tak ostatecznie kosmetyk trafił w moje ręce; w podjęciu decyzji pomogło mi pojawienie się na rynku mniejszej - 15 ml - pojemności w stosunkowo przystępnej cenie ok. 23 zł.

 AnneMarie Börlind, Dwufazowy koncentrat rewitalizujący

Koncentrat zawiera ekstrakt z czerwonych pomarańczy, o dużej zawartości witaminy C (aczkolwiek stosunek procentowy nie został podany na opakowaniu), wzbogacony o olejek z karotki. Witamina C działa wzmacniająco na włókna kolagenowe, a olejek z karotki zmiękcza skórę. Kosmetyk bazuje na naturalnych składnikach i nie był testowany na zwierzętach.

Co sądzę o tym produkcie? Na pewno ogromnym plusem jest zapach, wprawdzie nie tak intensywny jak się spodziewałam, ale wciąż jest to bardzo przyjemna i przede wszystkim naturalna - producent zapewnia, że nie użyto sztucznych środków zapachowych - woń gorzkich pomarańczy. Zgodnie z zaleceniem można stosować go jako bazę pod kolejne kremy, również przeciwsłoneczne, a także podkład - koncentrat naprawdę dobrze współpracuje z innymi kosmetykami. Z obawy przed zapychaniem używam go bardzo ostrożnie, na całą twarz nakładam zaledwie raz - dwa razy w tygodniu i tak stosowany sprawia, że skóra bezpośrednio po użyciu nabiera blasku i jej koloryt wydaje się bardziej jednolity. Nie zauważyłam natomiast, aby zmniejszał widoczność porów, czy uspokajał podrażnioną skórę, ale też producent tego nie obiecuje. Stosuję go także pod oczy, tym razem codziennie i stwierdzam, że rzeczywiście wyraźnie wspomaga nawilżenie skóry.

Opakowanie mniejszej wersji zaopatrzone jest w pompkę, która teoretycznie ma nam ułatwiać życie, a w praktyce strzela kosmetykiem dalej niż jestem w stanie to zobaczyć ;) Na szczęście zmywanie go ze ścian odbywa się bez większych szkód dla tychże. Dwufazowa struktura produktu zmusza nas do energicznego potrząśnięcia przed użyciem, a i samo użycie musi odbyć się w tempie błyskawicznym, ponieważ kosmetyk niemal natychmiast rozwarstwia się do stanu wyjściowego. Kosmetyk jest niesamowicie wydajny, już teraz wiem, ze pojemność 15 ml starczy mi na bardzo długo. Czy kupię go ponownie? Nie jestem pewna, jeśli coś każe mi do niego wrócić, to na pewno zapach, a jeśli chodzi o właściwości nawilżające, to znam sporo równie dobrych produktów, w bardziej przyjaznej dla mnie konsystencji kremu.


Skład: AQUA (WATER), TRICAPRYLIN SIMMONDSIA CHINENSIS (JOJOBA) SEEDOIL, ALCOHOL, MACADAMIA TERNIFOLIA SEED OIL, SODIUM PCA, BETAINE, GLYCERIN, TOCOPHERYL ACETATE, DAUCUS CAROTA SATIVA (CAROT) ROOT EXTRACT, GLYCINE SOJA (SOYBEAN) OIL, BETA VULGARIS (BEET) ROOT EXTRACT, BISABOLOL, GLYCINE SODIUM ASCORBYL PHOSPHATE, LIMONENE, ALLANTOIN, AROMA (FRAGRANCE), XANTHAN GUM, BENZYL BENZOATE, PANTHENOL, TOCOPHEROL, CITRUS AURANTIUM DULCIS (ORANGE) FRUIT EXTRACT, OLUS, SHELLAC, ASCORBYL PALMITATE, GERANIOL, CITRUS AURANTIUM DULCIS (ORANGE) FLOWERWATER, ASCORBIC ACID, CITRIC ACID, BENZYL ALCOHOL.

wtorek, 26 czerwca 2012

Napisali o mnie! ;-)

W najnowszym wydaniu Make Up Trendy ukazał się króciutki wywiad ze mną :) 




Jest mi bardzo miło, tym bardziej, że po drodze wystapiły małe trudności logistyczne i na przygotowanie go i wybór zdjęć miałam zaledwie jeden wieczór ;-)


piątek, 22 czerwca 2012

Piegusek ma nowy domek!

Nasz mały gość, urocza kicia z piegowatym noskiem, znalazł już swój nowy domek. Ponieważ kruszynkę rozpierała energia, a jednocześnie straciła mamę na tyle wcześnie, że nie zdążyła nauczyć się od niej kociej kultury ;-), przez co kicia uprawiała intensywne polowania na nasze dłonie i stopy, bardzo zależało mi na tym, by w nowym domku czekał na nią inny kotek i udało się! Piegusek ma twarzystwo w postaci półtorarocznego kocurka Tofika.
 
Co mi tam! Wdrapię się po Twoich ulubionych spodniach :D

Wraz z Tofikiem kicia dostała cudowną opiekunkę, panią Martę i mam nadzieję, że obie uznały to za dobry wybór ;-)


Podbijam świat!

Tymczasem u nas jest już nowy kotek, nieśmiały czarnuszek, póki co nie stresujemy go robieniem zdjęć, ale pewnie i on się tu wkrótce pojawi. Trzymajcie za niego kciuki, bo ich potrzebuje :)



czwartek, 21 czerwca 2012

Hiszpania

Podróże są naszą pasją, sposobem na relaks i ogromną przyjemnością, więc kiedy tylko możemy, ruszamy w drogę i niezależnie od kierunku, zawsze staramy się zobaczyć, co tylko się da ;-) Tak było też w kwietniu, kiedy odwiedziliśmy Hiszpanię. Nie będę opisywać tutaj całej wyprawy, ale chciałabym pokazać Wam małe co nieco z nadzieją, że zdjęcia zainspirują Was do odwiedzenia tego niesamowitego kraju ;-)

Aspirujące do miana najpiękniejszego miasta Hiszpanii - Toledo.

 Trudno się było oprzeć pokusie, by nie zboczyć z trasy
i nie zobaczyć wiatraków Don Kichota ;-)

Belchite. Ruiny kościoła pośród ruin miasta o niezwykłej historii - stoczono tutaj
najcięższą walkę w czasie hiszpańskiej wojny domowej,
w wyniku której miasto zostało tak mocno zniszczone,
że mieszkańcy opuścili je i wybudowali obok nowe.
Pięknie zachowane ruiny do dziś przypominają o krwawym konflikcie.

 Te piękne drzewa o srebrzystej korze dodają uroku wielu hiszpańskim miasteczkom.

Kastylia słynie z pięknych zamków, a ten jest jednym z najbardziej okazałych.

Romantyczna kładka w Cuenca - mieście domów wiszących na skałach.

Akwedukt w Segowii to jedna z najbardziej zachwycających rzymskich budowli,
jakie dotąd widziałam.

Rzymski amfiteatr z czasów Oktawiana Augusta w Tarragonie.

 Serce Hiszpanii - Barcelona ;-)

 
I jak, czujecie się skuszeni? ;-)

poniedziałek, 18 czerwca 2012

Oeparol, Hydrosense

Oeparol to linia dermokosmetyków produkowana przez bogatą w ponad dwudziestoletnie doświadczenie na rynku leków firmę farmaceutyczną Adamed. Przyznam, że pochlebne opinie na temat tych kosmetyków czytałam już dawno, ale dopiero seria Opearol Hydrosense skusiła mnie do bliższego zainteresowania się nimi i w efekcie kupna kilku. Według producenta Oeparol Hydrosense zawiera niezwykle cenne, wyselekcjonowane składniki, w tym olej z nasion wiesiołka z cennymi kwasami omega 6. W skład linii Hydrosense wchodzą: Krem intensywnie nawilżający, Odżywczy krem nawilżający, Krem nawilżający pod oczy i na powieki, Płyn micelarny do demakijażu oraz Nawilżająco-wygładzający jedwab do ciała, każdy w sugerowanej cenie ok. 20 zł za sztukę. Ja skusiłam się na  Odżywczy krem nawilżający, Płyn micelarny do demakijażu i  Nawilżająco-wygładzający jedwab do ciała z internetowego sklepu dermoporady, gdzie całą serię można dostać w przyjaznej dla portfela cenie od 9.90 do 12.90 zł :)


Nawiżająco-wygładzający jedwab do ciała, 200 ml
 
Wobec Nawilżająco-wygładzającego jedwabiu do ciała miałam największe, choć nie do końca sprecyzowane oczekiwania,  głównie za sprawą nazwy. Niestety kosmetyk okazał się zwykłym balsamem, o typowej dla wielu innych balsamów nie za gęstej i niezbyt rzadkiej konsytencji śmietanki i właściwie do dziś nie wiem, co producent miał na myśli, nazywając go jedwabiem, chyba jedynie dodatek protein jedwabiu, swoją drogą dopiero na piętnastej pozycji w składzie. Balsam ma intensywnie nawilżać skórę dzięki zawartości kwasu hialuronowego i oleju z wiesołka, a wspomniane wcześniej proteiny jedwabiu mają zostawiać skórę miękką i aksamitną w dotyku. Czy tak jest? Właściwie tak, balsam przyzwoicie nawilża, szybko się wchłania, a dzięki wygodnej tubie używa się go całkiem przyjemnie.  Nie jest dla mnie jakimś objawieniem kosmetycznym, ale choć pewnie zakupu nie powtórzę, to z przyjemnością go zużyję.


Odżywczy krem nawilżajacy, 50 ml

Odżywczy krem nawilżający spełnia swoją rolę, jest świetnym kompresem na przesuszoną skórę. Jak cała seria Hydrosense zawiera kompleks HialuRose, czyli połączenie kwasu hialuronowego i oleju z wiesiołka, wzbogacony o masło Shea i olej sojowy. Niestety dla mnie jest trochę zbyt treściwy, by używać go na codzień, ale rewelacyjnie się sprawdza, kiedy czuję, że skóra jest ściągnięta i sucha. Zostawia lekki film na skórze, stąd lepiej używać go na noc. Myślę, że bardzo dobrze przysłuży się przede wszystkim posiadaczkom skóry suchej, zresztą takiej też jest dedykowany.
 

Płyn micelarny do demakijażu

Od paru lat jestem wierną fanką płynów micelarnych, ale niestety ten płyn mnie rozczarował, przede wszystkim zapachem i smakiem. Wiem, nie służy ani do wąchania, ani tym bardziej do lizania ;-), ale zdecydowanie wolę, kiedy tego typu kosmetyki nie mają żadnego zapachu, a ten ma, w dodatku nieprzyjemny, choć to pewnie kwestia indywidualnych odczuć. A co do smaku - parę razy zdarzyło mi się po jego użyciu oblizać wargi i zdecydowanie nie są to miłe wspomnienia. Te dwie niedogodności sprawiają, że rzadko po niego sięgam, a więc nie bardzo mogę wypowiadać się na temat jego działania na dłużą metę. Na pewno nieźle radzi sobie ze zmywaniem makijażu i nie podrażnia delikatnych i wrażliwych oczu. Butelka z płynem jest trochę niewygodna - na tyle sztywna, że trzeba naprawdę mocno ścisnąć, żeby wylać płyn na wacik. To jedyny kosmetyk z tej serii, do którego na pewno nie wrócę.

Cała linia jest testowana dermatologicznie, hipoalergiczna, bez parabenów, a płyn micelarny dodatkowo przebadany pod kontrolą okulistyczną. Podsumowując - na plus krem i balsam, oraz cena, na minus płyn micelarny i dostępność, nie widziałam tych kosmetków w stacjonarnych sklepach. Spotkałyście się z tą firmą? Jakie są Wasze odczucia?

sobota, 16 czerwca 2012

Spirulina

Spirulina jest tak cudarobiącym, a w dodatku stuprocentowo naturalnym, przystępnym cenowo i łatwym w przygotowaniu kosmetykiem, że  moim zdaniem powinna być obowiązkowym elementem wyposażenia każdej kosmetyczki ;-) Już starożytni Chińczycy znali dobrodziejstwa płynące z jej zielono-niebieskich mikroalg -  źródła cennych dla człowieka substancji odżywczych takich jak proteiny, witaminy B12, A i E, aminokwasy, kwasy tłuszczowe, minerały, enzymy i inne. Według nich spirulina nawilża skórę, poprawia jej koloryt, pomaga zwalczać przebarwienia, objawy trądziku, a nawet cellulit.

Spirulina

Dla mnie największą zaletą maseczki ze spiruliny jest to,  że świetnie ściąga pory, przez co bardzo często traktuję ją jako bankietową, przed większym wyjściem. Zamknięte pory, napięta i wygładzona skóra - wszystko to znacząco przedłuża trwałość makijażu. Stosowana regularnie, co dwa - trzy dni, oczyszcza skórę i zostawia ją dobrze nawilżoną i gładką.

Maseczka ze spiruliny ma mnóstwo zalet i tylko jedną wadę - zapach. Na szczęście odkryłam, że w zależności od źródła, z którego ją zamawiam, zapach ten z nieznośnego, przywodzącego na myśl kurze łajno (mazidła) staje się interesującym zapachem świeżo skoszonej trawy (zróbsobiekrem). Ponadto zapach spiruliny jest znacznie mniej intensywny, kiedy zamiast mieszać go z jogurtem - jak to zwykle jest polecane - zmieszamy go jedynie z wodą. Moim zdaniem tak przygotowana maseczka nic nie traci ze swoich właściwości, jedyna różnica jest w konsystencji, ta zmieszana z wodą zastyga szybciej, co akurat bywa problematyczne, bo trudniej ją wtedy zmyć ze skóry.



Porównanie

Polecam ją każdemu, bo jest bardzo przystępna cenowo (ok. 3-4 zł za opakowanie wystarczające na przygotowanie kilku maseczek, plus koszty przesyłki) i prosta w przygotowaniu, a  nałożona na parę minut na twarz odwdzięcza się całym swoim dobrodziejstwem.




czwartek, 14 czerwca 2012

Kryolan, rozświetlający puder Dark Beige

Wprawdzie lato póki co za bardzo nas nie rozpieszcza, ale jakby nie było, zawsze jest to czas na mocniejsze rozświetlenie skóry, nadanie błysku muśniętej słońcem  twarzy, ramionach, dekolcie, czy nogach ;-) Co prawda fanką opalania nie jestem, ale rozświetlonej skóry już jak najbardziej, stąd w moim posiadaniu jest sporo kosmetyków nabłyszczających, zarówno w pudrze, jak i we fluidach. Jednym z takich cudownie skrzących się na skórze cudów jest satynowy puder firmy Kryolan w kolorze Dark Beige.

Kryolan, Satin Powder Dark Beige

Puder pozostawia na skórze chłodną poświatę w pięknym złocisto-platynowym odcieniu. Jest bardzo drobno zmielony, dzięki czemu skrzące drobinki, widoczne z bliska, z większej odległości dają wrażenie jednolicie błyszczącej skóry, tzw. efekt tafli wody, a więc jeden z bardziej pożądanych przez użytkowniczki rozświetlaczy.

Efekt na skórze

Puder jest bardzo wydajny, opakowanie ma aż 60 g, a już odrobina wystarcza, by rozświetlić skórę. Równie często używam go do nabłyszczenia twarzy jak i reszty ciała, na szczęście nie brudzi ubrań. Opakowanie jest spore, ale  poręczne, z dodatkowym plastikowym sitkiem w środku, firma Kryolan jak zwykle praktycznie radzi, by odsłonić tylko połowę otworków, co zminimalizuje zbędne wysypywanie się nadmiernych ilości pudru - bardzo lubię to rozwiązanie ;-) Cena za 60 g - ok. 80 zł.

A Wy? Używacie tego typu kosmetyków? Macie jakieś ulubione rozświetlacze?


wtorek, 12 czerwca 2012

Pięty mięciutkie jak kaczuszka - Xerial 50 ;-))

Do niedawna ton mojej pielęgnacji stóp nadawały różnego rodzaju pumeksy i tarki, z pumeksem z lawy wulkanicznej na czele. Nie byłam jednak do końca zadowolona z takiego sposobu rozwiązywania problemu, bo skóra na stopach była twarda i nawet najbardziej zachwalane kremy miały problem ze skutecznym zmiękczeniem jej. 

Pumeks z lawy wulkanicznej

Zupełnie przypadkiem trafiłam na pochlebne recenzje kremu Xerial 50 z Laboratorium SVR, a jako że firma ta od jakiegoś czasu jest moją ulubioną, postanowiłam go zamówić i przetestować zarówno na sobie, jak i na TŻecie ;-)  Wskazania do użycia kremu to wszelkie zrogowacenia skóry stóp, łokci i dłoni i już skład kremu jest bardzo obiecujący: 50% mocznik, skoncentrowane proteazy, seryna, histydyna, 1% kwas salicylowy. Krem ten ma także swój mocniejszy odpowiednik, Xerial 50 Extreme, od którego różni się tylko stężeniem kwasu salicylowego, zamiast 1% jak tu, stężenie wynosi 2% i pojemnością - zamiast 50 ml  otrzymujemy 40 ml. Kremu nie można stosować u dzieci poniżej 3. roku życia.


SVR, Xerial 50 Krem do stóp

Efekty? Niesamowite! Wyraźnie widoczne już po pierwszym użyciu i choć brzmi to niewiarygodnie, tak naprawdę jest. Szczególnie widoczne jest to na szorstkiej i zgrubiałej dotąd skórze łokci mojego mężczyzny, następnego dnia po wmasowaniu w nie kremu stały się miękkie i miłe w dotyku. Również i pięty zachwycają miękkością, choć dla w pełni zadowalającego efektu aplikację kremu powtarzam raz w tygodniu - dużo chodzę boso. Można oczywiście stosować go codziennie, ale ja nie widzę takiej potrzeby.
  
Wady? Na pewno wywindowana cena w aptekach stacjonarnych (ok. 60-70 zł),  ale można temu zaradzić ratując się zakupami na allegro - ja swój kremik kupiłam za ok 40 zł z przesyłką. Konsystencja również nie jest zbyt fajna, z czymś w rodzaju ziarenek piasku, które jednak dość szybko rozpuszczają się pod wpływem wmasowywania ich w skórę. Więcej wad nie dostrzegam, kosmetyk zamknięty jest w wygodnej w użyciu tubie, z dość szerokim otworem, przez który wypływa akuratna ilość kremu.

Podsumowując Xerial 50 szczerze polecam wszystkim tym, którzy marzą o gładkich i miękkich piętach przy minimalnym wysiłku. Można zapomnieć o pumeksie - myślę, że takich leni jak ja znajdzie się tu więcej ;-))


poniedziałek, 11 czerwca 2012

MAC, Do It Up

Nie jestem MACowym freakiem, ale jest sporo kosmetyków tej firmy, które lubię i których z przyjemnością używam. Jednym z nich jest błyszczyk do ust z serii Dazzleglass Creme o zadziornej nazwie Do it up. Wpadł mi w oko zeszłego lata, kiedy szukałam czegoś kolorowego na nadchodzące słoneczne dni.

Mac, Do it up

Trudno opisać ten kolor, wydaje mi się miksem różu, czerwieni i koralu, ale ostateczny efekt i tak uzależniony jest od koloru naszych ust. Na moich jest właśnie taki :)




Zachwalać trwałości chyba nikomu nie muszę, ogromną zaletą jest także i to, że kiedy już zetrze się warstwa nabłyszczająca, to i tak na wargach zostaje cień koloru. Miliony iskrzących drobinek pięknie odbijają się w słońcu potęgując wielowymiarowość koloru. Tak jak wspominałam jest to zeszłoroczny zakup, mimo regularnego używania końca nie widać,  w opakowaniu wciąż jest jedna trzecia mazidła, śmiało mogę powiedzieć, że jest wydajny, jak zresztą każdy błyszczyk - jak dotąd nie udało mi się skończyć żadnego ;) Jeśli znajdziecie gdzieś ten kolor, koniecznie przetestujcie, jest naprawdę piękny!


sobota, 9 czerwca 2012

Rihanna's Where Have You Been Makeup Look

Wpadła mi ostatnio w ucho nowa piosenka Rihanny  Where Have You Been, a kiedy wkrótce potem obejrzałam teledysk, wpadł mi, tym razem w oko ;-), także i jej makijaż, którego autorem jest legendarny artysta gwiazd - Kabuki.



Makijaż, który poniżej prezentuję, nie jest kopią, a jedynie inspiracją i mam nadzieję, że przypadnie Wam do gustu ;-)






Pozowała jak zwykle przepiękna Kira, której serdecznie dziękuję za cierpliwość. Momentami zapozowała również Piegusek, i co jak co, ale jej cierpliwości nie można zarzucić ;-) Pozdrawiam wieczornie, zza meczu, rzecz jasna!


piątek, 8 czerwca 2012

Make-Up Atelier Paris, Marron Naturel

Aż chciałoby się westchnąć, co to Euro z ludźmi robi ;-) Z mojego Mężczyzny na przykład zrobiło oddanego kibica, choć na co dzień nikt by się nie domyślił ;-) Kot jeszcze może liczyć na jakieś względy, ale ja dostałam kompletnego ignora, więc co robić, biorę się za recenzję - na życzenie - paletki Make-Up Atelier Paris, Marron Naturel, szerzej znanej po prostu jako T22.

Make-Up Atelier Paris, T22

Cienie w tej wersji kolorystycznej są matowe, ale dzięki wzbogaceniu ich  formułą kwasów tłuszczowych wydają się być kremowe, nie suche, jak to często przy matach bywa.


W świetle dnia


Z flashem

Każdy wkład jest świetnie napigmentowany, a przez to także niesamowicie wydajny, co widać na zdjęciu palety - używam jej naprawdę często, a ubytek wciąż nieduży. Cienie łatwo się blendują i praktycznie nie osypują. Czytałam opinie, że w stanie idealnym na powiekach utrzymują się także bez bazy, u mnie się to nie sprawdza, bez bazy szybko zbierają się w załamaniu powieki, ale już na bazie są nie do zdarcia. Szczerze polecam, cena 115 złotych nie jest wygórowana, zważywszy na fakt, że otrzymujemy 5 naprawdę świetnej jakości cieni, w idealnym zestawieniu kolorystycznym.


Make-Up Atelier Paris, Rose Violet

Make-Up Atelier Paris zachwyca mnie nie tylko  podkładami i korektorami, ale także cieniami, eyelinerami czy pomadkami. Wybierając paletki z pomadkami -  a mam je 3 - kierowałam się tym, żeby kolory w palecie nie dublowały innych szminek, czy błyszczyków, stąd wybór padł na zestawy w różach i fioletach, czerwieniach i pomarańczach, oraz beżo-brązach. Dziś pokażę Wam pierwszą z nich - Rose Violet nr 19.

Make-Up Atelier Paris, Rose Violet

W każdym zestawie kolorystycznym pierwszy wkład to błyszczyk - w tym przypadku pięknie migoczący fioletowo-różowo-niebieskimi drobinkami, naprawdę uroczy, chętnie używam go samodzielnie. Pozostałe odcienie to pomadki w chłodnych różach, aż po fiolet.


W świetle dziennym

Kolory są transparentne, ale poziom krycia z powodzeniem można wzmacniać kolejnymi warstwami. Pomadki przyjemnie pachną, nie pozostawiają  lepiącej się warstwy na ustach, słowem - naprawdę przyjemnie się je nosi. Są raczej trwałe i wydajne, choć oczywiście błyszczyk znika najszybciej, a niestety - o ile mi wiadomo - nie można dokupić pojedynczych wkładów.


Z flashem

Minusem tej konkretnej palety jest to, że wkład drugi i trzeci są nieco za bardzo do siebie podobne.

Cena to 115 złotych, co zważywszy na jakość i wydajność palet wydaje się być niezłą propozycją. Do kupienia, jak wszystkie kosmetyki Make-Up Atelier Paris, w  internetowym sklepie Folaronich  bądź  u LadyMakeUp 


Urban Decay, Bamboo Palette

Firma Urban Decay słynie głównie z rewelacyjnej bazy pod cienie, a także z samych cieni. Furorę robi paletka Naked, zarówno w pierwszej jak i drugiej odsłonie i przyznaję, kusi mnie ona od dawna i chyba jedyne co mnie powstrzymuje przed kupnem to nieumiejętność zdecydowania, czy wolę Naked czy Naked 2 ;-) Cienie UD znam od dawna, a polubiłam je głównie za sprawą paletki Bamboo, która była bodajże limitowanką, ale którą wciąż można bez problemu kupić w brytyjskich sklepach internetowych, takich jak chociażby www.hqhair.com . Paletka została wykonana z drewna bambusowego, co jest ukłonem firmy w stronę środowiska naturalnego, z tych samych powodów kosmetyki Urban Decay nie są testowane na zwierzętach.

Urban Decay, Bamboo Palette

 
O ile drewniana część opakowania jakoś wygląda, to środek niestety bardzo szybko się brudzi od cieni, w dodatku trudno te zabrudzenia usunąć. Lusterko jest małe i niepraktyczne, jak dla mnie mogłoby go tam nie być wcale, tym bardziej, że producent zachwala ekologiczność palety, a nie wiem, jak w tę ekologię wpisuje się szkło z czasem rozkładu szacowanym na kilka tysięcy lat. Magnes, scalający pokrywę opakowania z resztą, jest na tyle mocny, że raczej trudno o przypadkowe rozsunięcie w kosmetyczce. Oryginalnie do palety dołączony jest pędzelek i miniaturowe opakowanie bazy pod cienie.

Sama paletka ma kilka cieni, bez których życie byłoby smutniejsze ;-), tj. YDK, Flipside, Twice Baked i Half Baked, ale też i kilka zupełnie zbędnych, mam tu na myśli Grifter, Uzi i Midnight Cowboy, które mają dużo grubo - o wiele za grubo - zmielonego brokatu. Czerń jest bardzo przyzwoita i mimo że również zawiera brokat, nie jest on kłopotliwy. Cieniom Flash i Kiddie Pool także trudno coś zarzucić.

W świetle dziennym
 
Z flashem

Cienie rewelacyjnie się blendują, mieszanie ich ze sobą to prawdziwa przyjemność, a kolory są tak samo intensywne przez cały czas noszenia ich na powiece. Dobrze wtapiają się w skórę, dzięki czemu sprawdzają się nawet bez bazy, choć to oczywiście w dużej mierze kwestia skóry. Cienie są wydajne, ponieważ ich świetna pigmentacja sprawia, że naprawdę niewiele potrzeba do uzyskania intensywnego makijażu oka.

Polecam ;-)


piątek, 1 czerwca 2012

Piegusek - odsłona druga ;-)

Tak tak, moi mili, nie mylicie się, w tym spojrzeniu kryje się całe morze urazy, albowiem - zgodnie z poleceniem pani weterynarz - uczymy się jeść suchą karmę ;-) Nie idą nam te nauki najlepiej, butelka z mlekiem wciąż rządzi, no ale ponoć jesteśmy już dużym kotkiem, więc co robić ;-) Swoją drogą pierwszy raz widzę malucha, który pluje Gerberkiem :]
 
Sama to jedz, paskudo!

Za to możemy się pochwalić, że mamy już prawie kompletnie opanowaną kuwetę. Były wprawdzie pomysły, żeby przerobić ją na piaskownicę dla kotka, ale koniec końców - udało się!


Mokrym noskiem cmoknę Ci obiektyw, chcesz? ;-)

Niebawem kolejne wieści z frontu, a tymczasem pozdrawiamy!




Sephora, pędzle do makijażu

Dla wizażysty pędzle to nie tylko narzędzie pracy, ale często też prawdziwy fijoł ;-) Tak jest i ze mną, pędzli mam mnóstwo, a przynajmniej tak zdawać by się mogło postronnym obserwatorom, a mimo to chętnie przygarnęłabym do swojego kuferka jeszcze parę(naście) sztuk ;-)

Pędzle Sephora

Pędzle, które dzisiaj opiszę to dzieci Sephory z linii Sephora Professionnel, jedne z moich pierwszych pędzelków i choć dziś dla wielu z nich znalazłam już godniejszych następców, to ciągle darzę je sporym sentymentem. Praktycznie każdy z nich jest mi niezbędnie potrzebny i mimo, że przeznaczenie paru z nich trochę mija się z tym założonym przez producenta, to jednak nie zamierzam się z nimi rozstawać.

Sephora, Rounded powder XL 49

Pierwszy z nich, największy, to wykonany z koziego włosia pędzel do pudru, o oznaczeniu XL 49. Gęsty, ma średnio zbite włosie, przez co jest niesamowicie puchaty. Bardzo dobrze rozprowadza puder po twarzy, nie robi plam.  Raczej miły w dotyku, acz wyprany bez odżywki czasem delikatnie drapie. Jeden z moich ulubionych pędzli do pudrów sypanych. Kosztuje ok. 99 zł.

Sephora, Angled Blush 40

Pędzel do różu początkowo wydawał mi się za bardzo zbity i przez to mało praktyczny w aplikowaniu różu, ale po kilku praniach włosie rozeszło się na boki. Z jednej strony można uznać to za wadę, bo pędzel nie trzyma kształtu, dla mnie to jednak zaleta, bo dzięki temu stał się moim ulubionym. Na zdjęciu widać mój drugi egzemplarz, jeszcze ze zwartym włosiem, w pierwszym drewniana część trzonka nie wytrzymała intensywności mycia i odpadła niestety. Podobnie jak pędzel do pudru również i ten wykonany jest z koziego włosia. Cena to ok. 50 zł.

Sephora, All over shadow 21 i 22, Smudge 14

Tutaj kolejno widać pędzelki do cieniowania powiek o gęstym i mocno zbitym włosiu. Wszystkie trzy są bardzo praktyczne i często przeze mnie wykorzystywane. Największym świetnie aplikuje się cienie bazowe, średnim dobrze  blenduje, a najmniejszy rewelacyjnie rozciera wszelkie kreski, a także cienie na dolnej powiece, ba! można nim nawet umalować brwi. Wykonano je z naturalnego miękkiego włosia, przez co nie drapią powieki i są miłe w użytkowaniu. Cena w zależności od rodzaju od 30 do 50 zł.

Sephora, pędzle do podkładu i  korektora

Pędzle do podkładu i korektora wykonane są z włosia syntetycznego, dzięki czemu nie absorbują nadmiernej ilości płynnego kosmetyku i zapewniają jednolite jego nałożenie. O ile pędzel do korektora jest świetny i umożliwia bardzo dobre roztarcie granic korektora na skórze, to ten do podkładu obecnie służy mi do nakładania wszelkiego rodzaju maseczek i tu sprawdza się bardzo dobrze ;-) Pierwotnie rzeczywiście nakładałam nim podkład i efekt był nawet zadawalający, jednak po odkryciu pędzli typu flat top nie wrócę już do aplikowania podkładu płaskimi pędzlami. Cena to ok 30 zł.

Sephora, Shadow 25 i 26

Kolejne pędzelki również są wykonane z włosia syntetycznego i są zdecydowanie najmniej lubianymi przeze mnie pędzlami Sephory, które mam. Nie do końca potrafię znaleźć dla nich zastosowanie, są sztywne i twarde, mogą się ewentualnie sprawdzić przy nakładaniu cieni na mokro czy precyzyjnym zaznaczaniu granic koloru na powiece. Często maluję nimi usta, wolę je od klasycznych języczków do tego przeznaczonych.

Sephora, Brow comb 11

Bardzo praktyczna i dobrze wykonana szczoteczka do brwi i rzęs - ząbki w grzebyku są na tyle twarde, że nie łamią się podczas rozczesywania rzęs, a szczoteczka jest na tyle gęsta, że nie tylko rewelacyjnie dyscyplinuje brwi, ale i bardzo dobrze rozciera na nich  wosk, cień, czy nawet kredkę. Najlepsza jaką miałam, we wszystkich innych z czasem połamały się ząbki. Cena to ok. 20 zł.

Sephora, Smudge + Eyeliner

Ten podwójny pędzelek, z tego co pamiętam, sprzedawany jest jako idealny duet do wykonania smoky eyes. Wykonany z włosia syntetycznego, co jest plusem dla końcówki do malowania kresek - zdecydowanie to ułatwia. Trochę niepraktyczny z uwagi na to, że w obawie przed zniszczeniem jednej z końcówek raczej należy go trzymać luzem w kosmetyczce. Na pewno nie jest niezbędny, zaokrąglonej końcówki nie używam prawie wcale, druga strona czasem się przydaje. Koszt ok. 20 zł.

Sephora, Kabuki 50

Pędzel kabuki z Sephory kiedyś był moim ulubieńcem, do tego stopnia, że mam je aż dwa. Aplikowałam nim głównie brązer, czasem rozświetlacze. Dziś właściwie już go nie używam, zastąpiłam go pędzlami do różu Sephory i Maestro, ale wciąż przyznaję mu dobre noty za piękne rozprowadzanie kosmetyków brązujących na twarzy. Poza tym pędzelek ten ma jeszcze drugą, mało znaną światu twarz - mianowicie uwielbiają go koty! ;-) Kosztuje ok. 40 zł.

-.-

Podsumowując -  pędzle Sephory lubię za prostotę wykonania, solidność i za to, że w większości przypadków znakomicie sprawdzają się w swojej roli. Większość z nich mam już kilka lat i, poza nieszczęsnym przypadkiem pędzla do różu, wciąż są w dobrej formie, a jeśli początkowo tracą włosie to tylko w szczątkowych ilościach. Wadą jest na pewno to, że z czasem ścierają się napisy z trzonków, ale można temu zapobiec pokrywając je warstwą bezbarwnego lakieru do paznokci. Regularnie czyszczę je dziecięcymi szamponami do włosów, a w razie potrzeby dezynfekuję płynami typu Skinsept - oba sposoby im służą. Często można je upolować w okazyjnych cenach, więc tym bardziej polecam ;-)