piątek, 7 grudnia 2012

Chanel, Winter Nights

Jest coś takiego w tych cieniach, że rzeczywiście sięgam po nie najczęściej zimą.  Być może to za sprawą tego, że najciemniejszy, zielony, cień budzi we mnie skojarzenia z choinką, przystrojoną w migoczące lampki ;-) Śliczny jest, naprawdę, i głównie dzięki niemu cieszę się, że mam tę paletkę w swojej kosmetycznej kolekcji.
 
Chanel, Winter Nights
 
Posiadam amerykańską wersję cieni, która od europejskiej różni się ich kształtem (w wersji europejskiej cienie są okrągłe) i pigmentacją - te wypuszczane na rynek amerykański pozwalają uzyskać bardziej nasycony kolor.
 
Opakowanie jest typowe dla Chanel, czarne i zgrabne, w przyjemnej dla oka formie. Miało parę trudnych spotkań z kafelkami, ale można powiedzieć, że wyszło z nich obronną ręką - jedynie plastik trochę się poluzował, same zaś cienie pozostały nienaruszone. Do opakowania standardowo dołączane są dwie pacynki, dla mnie kiepskiej jakości, nie próbuję więc nawet udawać, że ich używam i zwykle wyrzucam je od razu.

Chanel, Winter Nights, swatch

Dwa najjaśniejsze cienie sprawdzają się w roli bazy, z ciemniejszymi można poszaleć ;-) Nie do końca udało mi się w pełni oddać kolor cienia brązowego - w rzeczywistości ma w sobie nutkę szarości i jest naprawdę bardzo ładny. Ulubieńcem - jak wspomniałam na początku - jest zielony wkład, który ma w sobie mnóstwo pięknie skrzących malutkich drobinek brokatu. Cudo!

Chanel, Winter Nights, swatch
 
Cienie na bazie są bardzo trwałe, łatwo się blendują, choć w przypadku najjaśniejszych trzeba się trochę namachać pędzelkiem, żeby efekt był widoczny.
 
Nie jestem pewna, czy Winter Nights są wciąż dostępne, ale z tego co widziałam w sieci, zestaw Premier Regard jest bardzo podobny, tyle tylko, że zawarta w nim zieleń pozbawiona została błyszczących drobinek.  Cena jak zwykle zwala z nóg, więc polecam głównie wielbicielom marki ;-)
 
 
 

8 komentarzy:

Daj znać, co o tym myślisz :-)